Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Gattuso, ale boisz się zapytać

06.03.2018

Ten artykuł powstał po to, by przybliżyć postać Gennaro Gattuso. Wariata z brzytwą. Człowieka dobrej roboty. Unikalną, magnetyzującą osobowość. Przed wami wszystkie rzeczy, które chcielibyście wiedzieć o Rino, ale balibyście się zapytać. Uwierzcie, poczulibyście strach, gdybyście go poznali. To człowiek, przed którym stanęlibyście na baczność. Jeśli ja, Mateusz Święcicki, szedłbym na wojnę, chciałbym, żeby moim generałem był Gennaro Gattuso. To uczucie towarzyszy mi od kwietnia 2015 roku, kiedy miałem zaszczyt poznać go pewnego słonecznego popołudnia w Gallarate.

Ivan Gennaro Gattuso przyszedł na świat 9 stycznia 1978 roku, choć zgodnie z planem powinien w marcu. Jest wcześniakiem. Nosi w sobie gen zniecierpliwienia i agresji. Mówi, że tak mocno kopał matkę, że ta musiała pokazać mu czerwoną kartkę i urodzić go wcześniej. – Opuszczasz boisko przed czasem! Twoje faule były zbyt brutalne!

Wychował się w Schiavonei, niewielkim miasteczku położonym w Kalabrii, najbiedniejszej części Italii, o której zapomnieli wszyscy, łącznie z politykami rozdzielającymi miliardy euro na rozwój regionów. Kalabria to inny świat, inna kultura, język i mentalność. To Włochy w najbiedniejszej, obskurnej postaci, pełne sprzeczności, wspaniałych i złych ludzi, cudownych i odrażających osobowości. Rino urodził się w rodzinie rybaków. O swojej ziemi ojczystej mówi zawsze z miłością i pasją. – To mój raj. Po miesiącach w podróży, turbulencjach, wyczerpujących rejsach samolotami, pociągami i autobusami nigdy nie marzyłem o egzotycznych wakacjach. Znam te historie. Koledzy piłkarze lecą do Kalkuty, a później stołują się w McDonalds. Wolę prawdziwe przeżycia w Schiavonei. Siadam z ojcem do stolika, pijemy szklankę Magliocco di Cosenza, jemy chleb, szynkę i ser, a ja znów jestem dzieckiem.

Andrzej Iwan powiedział mi kiedyś, że Gattuso jest jednym z niewielu mistrzów, którzy kompletnie nie umieją grać w piłkę. Początkowo się oburzałem na tę opinię, ale z czasem zacząłem w nią wierzyć. Rino odziedziczył talent po ojcu, lichym amatorze z Kalabrii, który kopał się po czole w czwartej lidze i pewnego dnia szokującą decyzją podzielił rodzinę. – Przez rok grał w Corigliano, największym rywalu Schiavonei. Dziadek nie mógł mu tego wybaczyć. Zabrał mnie na derby i krzyczał: judasz, sprzedawczyk. Sędzia, zdejmuj z boiska tego gnoja.

Ta rodzina nigdy nie była normalna.

GG zawsze marzył o grze w Milanie. Miłość do klubu odziedziczył po ojcu. Relację z finału Pucharu Mistrzów w 1990 roku wysłuchał w radiu, później pojechał do Mediolanu, gdzie na własne oczy zobaczył paradę zwycięstwa doskonałej drużyny. To właśnie wtedy postanowił, że do końca życia będzie milanistą. Zadziwiające w systemie myślenia kilkuletniego Gattuso było umiłowanie do piłkarzy „podkładających ogień”. Nie lubił artystów i nie rozumiał fascynacji Diego Armando Maradoną. Nie wierzył słowom ojca: Masz stopy jak Diego! Jesteś pobłogosławiony!

Wiedział, że to kłamstwo.  Kto urodził się kwadratowy, nie umrze okrągły.

Najczystszą miłością pokochał Salvatore Bagniego, topornego technicznie, choć zadziornego i charakternego Włocha. Dlaczego uwielbiając Milan, wybrał szeregowego piłkarza Interu? – Bo nie podciągał getrów do końca. Zasłaniały tylko jego kostki. Kiedyś w tajemnicy próbowałem powiesić jego plakat w pokoju. Przygotowałem klej, rozsmarowałem go na ścianie, ale wtargnęła mama i wszystko zepsuła. Powiedziała, że zrobię plamy, których nie da się domyć. Jestem pewien, że to konspiracyjna działalność ojca, który nie chciał się przyznać, że nie życzy sobie piłkarza Interu w swoim domu. Na misję specjalną wysłał więc matkę.

Gattuso hartował się w palącym słońcu Schiavonei, w niekończących się turniejach młodzieżowych i lokalnych meczach. Kopał ją w tumanach kurzu, czasem błota, kopał też swoich kolegów i nigdy nie płakał. Po latach stworzył autorską Anatomię mistrza świata:

1. Włosy czarne jak mieszkańcy Avoli.
2. Wygląd mastiffa.
3. Pojemność płuc pozwalająca na nieustanny bieg na trasie Mediolan – Corigliano (886 km).
4. Ręce tak mocne i duże jak u rybaków ze Schiavonei.
5. Stopy jak u maratończyków.

Nie ma doskonalszego przykładu terrone od Gennaro Gattuso. To pejoratywne określenie na ludzi pochodzących z południowych Włoch. Trudno je przetłumaczyć dosłownie, powiedzmy więc, że terrone to wieśniak. Tak nazywał go Andrea Pirlo, niemiłosiernie kpiąc z fatalnej gramatyki, błędów językowych i dykcyjnych. Dialekt, którym Rino posługuje się od dziecka to język kalabryjski. Uwielbia go. Z przyjaciółmi z Południa rozmawia tylko po kalabryjsku, myśli po kalabryjsku i działa po kalabryjsku. Kacha Kaładze po latach spędzonych w Milanie sądził, że opanował włoski do perfekcji. Wtedy przypadkowo podsłuchał rozmowę Gattuso z kolegą ze Schiavonei i zapytał: po jakiemu wy kurwa rozmawialiście?

– Po kalabryjsku.

– W życiu posługuję się: kalabryjskim, włoskim i angielskim – powiedział kiedyś Gattuso. – Te dwa ostatnie języki są dla mnie obce.

Dialekt służył mu też do przeklinania na boisku. Od dziecka miał niewyparzoną gębę, mówił dużo i brzydko. Podczas zawodowej kariery niewielu sędziów rozumiało jego bełkot, co pozwoliło mu uniknąć gigantycznej liczby czerwonych kartek. Według statystyk, które przeanalizowałem, Rino wyleciał z boiska w Serie A ledwie pięć razy! Dałbym sobie uciąć rękę, że więcej.

Jeśli chcemy znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego Gattuso był tak agresywny, zawzięty i brutalny, nie możemy wyjechać poza Kalabrię. W tym regionie urodzili się: IulianoPancaroPerrotta czy Iaquinta. Żaden z nich, choć występowali na różnych pozycjach, nie był wirtuozem. Posiadali jednak pewne unikalne cechy wspólne. Tworzyli jedność do tego stopnia, że kiedy spotykali się na zgrupowaniach reprezentacji Włoch, mówili do siebie wyłącznie w języku kalabryjskim. Kpiono z nich, że wyjechali ze wsi i opuszczali ją z tekturową walizką pod pachą. Że należą do grupy ludzi, którzy ruszają ustami, kiedy czytają w milczeniu gazetę. Ale mieli to w dupie. Byli dumni, że pochodzą z Kalabrii.

Świat piłki jest pełen bohaterów prowincji, lokalnych herosów, którzy zostają brutalnie zweryfikowani na pierwszym treningu poza małą ojczyzną. Gattuso przeżył głębokie rozczarowanie, kiedy odrzucono go w Bolonii. Rossoblu świetnie radzili sobie finansowo i mieli wyższe wymagania względem juniorów. Dla ojca Rino negatywna weryfikacja syna była szokiem. Jak można odrzucić dziecko ze stopami Maradony i sercem tygrysa? Co oni sobie myślą?

W Perugii już tak wybredni nie byli, choć mecz testowy skończył się dla niego po pięciu minutach. Chłopców do drużyny wybierał Walter Sabatini, dziś dyrektor Interu, wcześniej pracownik Romy czy Palermo, do którego ściągał Kamila GlikaGattuso nie zdążył dwa razy dotknąć piłki, a Sabatini kazał mu opuścić boisko. – O co chodzi? Co to ma być? – krzyczał do Włocha. – Spokojnie, nie potrzebuję więcej.

Pięć minut wystarczyło mu, by zrozumieć, że Rino ma to, czego szuka i potrzebuje.

Gattuso pożegnał się z Kalabrią w swoim stylu. Obiecał wszystkim dookoła, że wróci do Schiavonei tylko jako zwycięzca. Jeśli życie nie potoczy się po jego myśli, wyjedzie do Niemiec i będzie pracował jak kiedyś jego rodzice. Nie spakuje walizek, nie pęknie, nie podkuli ogona. Przetrwa niepowodzenia, nauczy się żyć z tęsknotą za domem rodzinnym. Nie pozwoli sobie na porażkę. Wolałby umrzeć niż przyjechać do domu jako przegrany.

Perugia jest dziwnym miastem. Wszędzie idziesz pod górę. Dla Rino położenie geograficzne było metaforą życia. Mieszkał w internacie, jego pokój przypominał więzienie, warunki atmosferyczne były inne niż w Schiavonei, plan dnia i obowiązki także. Uczył się w szkole dla księgowych i mimo gigantycznych problemów z koncentracją, której nie mógł utrzymać na dłużej niż 2 minuty, zaliczył ją z zaskakująco wysokimi ocenami.

Tam też poznał Marco Materazziego, którego uważa za brata bliźniaka. Trenowali przez dwa lata, wspierali się nawzajem, pożyczali sobie pieniądze. Pozostali przyjaciółmi nawet wówczas, gdy grali w dwóch konkurencyjnych klubach – Milanie i Interze. W Perugii Gattuso pierwszy raz w życiu zainwestował większą sumę lirów. Kupił używaną Vespę, a po latach stworzył listę powodów, dlaczego warto jeździć na skuterze:

1. Nie musisz czesać włosów przed wyjściem z domu. Wiatr ci je ułoży.
2. Ludzie rozpoznają cię po drodze i pozdrawiają.
3. Jeśli spotkasz kogoś, komu wisisz kasę, możesz go łatwo zgubić, wślizgując się w wąskie uliczki.
4. Jeśli wieziesz dziewczynę, ona przytula się do ciebie.
5. W przypadku deszczu nie musisz liczyć na wycieraczki.
6. Kiedy musisz się odlać, zatrzymujesz się i robisz swoje. Nie potrzebujesz parkingu.
7. Nie musisz opuszczać szyby, by pluć.
8. W słoneczne dni możesz się opalić.
9. Możesz przekręcić licznik i nikt cię nie ukarze za doping.

Jego transfer do Glasgow Rangers nie był klasycznym etapem w karierze zadziornego, włoskiego piłkarza. Nie chciał tam jechać, ale presja rodziny stała się nieznośna. – Czy ty wiesz, że na kasę, jaką proponują ci za rok grania, ja musiałbym pracować całe życie? Jedź durniu! – krzyczał ojciec. Siedemnastoletni Gattuso zarabiał w Perugii grosze. Wynajmował pokój u emeryta. W Szkocji dostał propozycję umowy z zarobkami rzędu pół miliona lirów rocznie. To była fortuna, na widok której cała Schiavonea straciłaby przytomność.

Pojechał. Dla kasy. – Rzadko kłamię, więc potwierdzam. Zrobiłem to dla pieniędzy. Ojciec został zaproszony na mecz Rangersów, zobaczył stadion i zakochał się w atmosferze. Mówił mi, że będę szczęśliwy. Nie wierzyłem, ale umiałem liczyć pieniądze.

Wyruszył w kwietniu na kilkumiesięczny okres próbny i poczuł, że wylądował w otchłani. Nie znał ani jednego słowa w dziwnym języku, nie rozumiał ruchu samochodowego, z podniesionymi brwiami patrzył na ludzi pędzących każdego dnia do pracy czy na uczelnię. Czuł się koszmarnie. Mieszkał w luksusowym hotelu Hilton, wieczorami oglądał Rai Uno i to był jego jedyny kontakt z ojczyzną. Za opiekuna wyznaczono mu Paula Gascoigne’a (idealny nauczyciel życia), który w przeszłości występował w Lazio, ale po włosku znał jedynie: cześć, piwo i kurwa. Gattuso wielokrotnie chciał wszystkim pieprznąć, ale zawsze w ostatniej chwili pojawiał się głos, który szeptał mu, że nie może wrócić do kraju jak nieudacznik.

Gascoigne był dla niego szczególnie miły. A to nasrał mu (dosłownie!) do skarpetek, a to nasikał do kosmetyczki, a to porwał ubranie. Anglik był najbardziej pokręconą osobowością, jaką Gattuso spotkał w swojej karierze. Kiedy Rangersi jechali autokarem na mecz i akurat stali w korku, a obok przechodziły dziewczyny, Gascoigne w mgnieniu oka zdejmował spodnie, pokazywał penisa, przyklejał się do szyby i śmiał jak pacjent szpitala psychiatrycznego. Nigdy jednak nie odmawiał pomocnej dłoni i wyciągał ją do kolegów, którzy przeżywali trudności. On też lobbował za ostatecznym transferem Gattuso do Glasgow. Był również hojny. Pewnego dnia zabrał Włocha do luksusowego butiku, pomógł mu wybrać gustowne ciuchy, a na koniec poinformował, że to sklep zaprzyjaźniony z klubem i całą kwotę pobiorą mu z pensji.

– Nigdy nie pobrali, on za to zapłacił. To był prezent.

Z biegiem czasu Rino przyzwyczaił się do szkockiej mentalności. Polubił przywiązanie do tradycji. – Kiedy trafiłem do szatni, widziałem portret Królowej Elżbiety, ale początkowo nie miałem odwagi zapytać się, kim jest ta stara kobieta. Aktorka? Była prezes klubu? W końcu postanowiłem się dowiedzieć. Hej Panowie, kim jest ta starucha? KRÓLOWA – krzyknęli wszyscy. – KRÓLOWA ty idioto. – Dobrze zacząłeś – pomyślałem.

Na Ibrox Park, które oczarowało jego ojca, zadebiutował w meczu rezerw Rangers – Celtic. Był przekonany, że na stadionie pojawią się co najwyżej cztery koty”. Oniemiał, kiedy zobaczył komplet publiczności. Szybko zdał sobie sprawę, że Szkocja jest idealną ligą dla niego, że kocha walkę w środku pola, pasję i entuzjazm kibiców. Uważa się za kibica Rangers. Regularnie sprawdza wyniki, utrzymuje kontakt z częścią starych kolegów.

W Glasgow zmieniło się jego życie. Poznał najpierw teścia, a później żonę.

Mario prowadził włoską restaurację La Rotonda w centralnej części miasta. Rino przychodził tam, by poczuć się choć trochę jak w Italii. Monikę, przyszłą żonę zobaczył najpierw na zdjęciu. Studiowała we Włoszech i rzadko przyjeżdżała do rodziców. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, Gattuso zwariował z miłości. Pokonał 3 tys. kilometrów, by w Szkocji zakochać się w kobiecie ze swojego kraju.

Jego kariera w Glasgow dobiegła końca, kiedy klub zmienił trenera. Walter Smith odszedł do Evertonu, a Dick Advocaat przesunął Rino ze środka pola na prawą obronę. To był idiotyczny ruch. Włoch nie czuł się dobrze, irytował coraz bardziej i po przypadkowym poznaniu agenta Andrei D’Amico, zaczął głośno myśleć o zmianie otoczenia. W ostatnim dniu okienka transferowego przeszedł do Salernitany. Wykorzystał okazję, bo w Italii trwała debata na temat eksodusu najlepszych juniorów zagranicę. Zaczęto dostrzegać luki w systemie i biadolić na przykładzie Gattuso o braku szacunku wobec wychowanków. W Salerno Rino zrobił wielkie postępy, ale nie uchronił klubu przed degradacją do Serie B. Ciężko przeżył również tragiczną śmierć ultrasa Saletnitany, który spłonął żywcem w pociągu.

Latem 1999 roku został najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Podpisał kontrakt w Milanie i trafił do innego świata.  – Kiedy Adriano Galliani zaprosił mnie do swojego pokoju, niemal zemdlałem. Blask niezliczonej liczby trofeów mnie oślepił. Byłem w szoku.

Tam też zrozumiał, jaki charakter ma Milan. Wychodząc z pokoju Gallianiego, spotkał Ariedo Braidę, a ten krzyknął zniesmaczony: Rino, musisz zadbać o swój wygląd zewnętrzny. Zapiszemy cię do fryzjera. Zrobi coś z twoimi włosami i brodą. To jest Milan, a ty reprezentujesz najlepszy klub na świecie. Musisz dobrze wyglądać.

Koniec pierwszej części.

Pisząc artykuł korzystałem z biografii Gennaro Gattuso „Kto urodził się kwadratowy, nie umrze okrągły”, niezliczonych wywiadów we włoskich mediach, porozmawiałem również z wieloletnim przyjacielem Rino, Piero Baffą. 

Mateusz Święcicki
(komentator Eleven Sports)