Syreny od Odyseusza, taxi dla Maicona, jedenastu trenerów. Jak Inter upadał i jak wrócił do Ligi Mistrzów?

17.09.2018

Przed rewanżem z Barceloną Jose Mourinho wszedł do szatni Interu i powiedział: – Zaraz tam wyjdę, w prawie sto tysięcy ludzi wyładuje na mnie swoją nienawiść. Będę stał przy linii, by mnie widzieli. Nie usiądę na ławce. Kiedy mnie zobaczą, rozpoczną swój koncert, ale po kilku minutach przestaną, bo na tyle starczy im sił. Później wybiegniecie wy. Stadion będzie jak po włączeniu wentylacji.

Kiedy jego piłkarze wrócili z rozgrzewki, odciągnął na bok Javiera Zanettiego i szepnął mu do ucha:

– Awansujemy.

– Skąd wiesz?

– Bo jesteśmy głodni. Oni cierpią na obsesję gry na Santiago Bernabeu.

Inter to jedyny klub w dziejach, który wygrał Ligę Mistrzów w półfinale. Dwumecz z Barceloną, rozegrany w temperaturze wrzenia i nienawiści, owiany legendą i opisany na tysiące sposobów, zbudował mit Jose Mourinho. Jego wymiary byłby mniejszy, gdyby nie późniejsze lata erozji i powolnego upadku. Nawet dziś, osiem lat od tamtych wydarzeń, flaga poświęcona Mou wisi na każdym meczu na Stadio Giuseppe Meazza. Zmieniło się dużo. Właściciel (i to dwukrotnie), jedenastu trenerów, kilku dyrektorów sportowych,  dziesiątki piłkarzy.  Niezmienna pozostaje nostalgia i wzdychanie za rokiem 2010. Tym większe, im bardziej nie idzie.

Ale w poprzednim sezonie poszło. W pocie czoła, wydzierając ostateczne zwycięstwo pazurami w Rzymie, Inter doczłapał do Ligi Mistrzów. Po sześciu koszmarnych latach, klęskach w kraju i za granicą, wrócił do elity. Wzmocnił się podczas mercato. Nie stracił swojej największej gwiazdy. Nie zmienił trenera. Kupił nawet Arturo Vidala i Lukę Modricia.

Czy jest więc w stanie zamieszać w elitarnym towarzystwie? Startuje z 63. pozycji w rankingu UEFA. Wyżej są: PAOK, Astana, Ludogorec czy Legia Warszawa.

Ta liczba o symbol upadku. Przeczytajcie to jeszcze raz: sześćdziesiąta trzecia pozycja.

 

Nie kpimy z Schelotto i Kuzmanovicia. Wskazujemy ich jako klasyczne przykłady degrengolady.

Chcieliśmy za wszelką cenę uciec od nostalgii, ale jesteśmy bezradni. Inter zdobył potrójną koronę w 2010 roku w unikalny sposób. Mourinho stworzył drużynę według swoich żelaznych zasad, ale umiał być elastyczny i wyrozumiały. Kiedy doszedł do wniosku, że nie zmieni nawyków Maicona, zebrał w wszystkich piłkarzy i powiedział:

– Panowie, mamy problem. Na poniedziałkowych treningach Maicon zawsze pojawia się pijany. Kary nie działają. Mówi, że musi się odstresować po meczach i tego nie zmieni. Co robimy? Proponuję przenieść poniedziałkowe zajęcia na popołudnie. Wiecie, że potrzebujemy Maicona. Jest niezbędny.

Drużyna nie oponowała. Nowy plan treningowy został wdrożony.

Mario Balotellego nie udało się okiełznać. Pewnego dnia Mou umówił się z nim na spotkanie o 14:00. MB nie przyszedł. Kiedy wykręcił jego numer, usłyszał po drugiej stronie dźwięk przejeżdżających bolidów Formuły 1.

– Gdzie jesteś, do cholery?

– Na kwalifikacjach przed Grand Prix Włoch.

– Chyba żartujesz? Byliśmy umówieni.

– Przecież możemy spotkać się codziennie. Wyścigi na Monzy są raz w roku. Nie mogłem przyjść.

W 2010 roku zawodnikiem Interu był także Marko Arnautović, absolutny szaleniec. Mourinho traktował go lekceważąco. Pewnego dnia dowiedział się, że Austriak przyjechał na trening pięć godzin przed czasem. Zapytał:

– Rozumiem, że chcesz się zmienić i poważnie podchodzić do swoich obowiązków, ale przesadziłeś. O co chodzi?

– Pomyliłem się, myślałem, że mamy trening rano.

– Żartujesz?

– Nie.

– Masz mój zegarek. Kosztował fortunę, ale jest twój. Świetnie mierzy czas, przyda ci się.

Przed pierwszym meczem półfinałowym z Barceloną, Portugalczyk odwołał się do mitologii. Powiedział, że Barcelona zachowuje się jak syreny wabiące głosem załogę statku Odyseusza.  Krzyczał, że nie można im pozostawić miejsca, że muszą czuć ból przy każdym przyjęciu piłki. Choć zaczęło się źle i Pedro strzelił gola dla Blaugrany, to reakcja Interu była mistrzowska. Zwycięstwo 3:1 zrujnowało plan Xaviera Sali-i-Martina. Ten wybitny mózg, profesor i członek zarządu Barcy zwierzył się podczas Forum Ekonomicznego w Davos pewnemu Włochowi, że Barca odrabia straty, ale tylko jednobramkowe.

– Nie przegraliśmy ani jednego meczu przez cały sezon różnicą więcej niż jednej bramki. Nawet jeśli polegniemy 1:2, czy 2:3 to zmienimy wszystko na Camp Nou.

– Nie zmienicie.

Przed finałem w Madrycie, Mourinho doszedł do wniosku, że w szatni musi przemówić Samuel Eto’o. Nie uprzedził o tym Kameruńczyka. Wygłosił swoją płomienną mowę, a później dodał:

– A teraz Samuel powie wam jak to się robi. Wygrał ten pieprzony puchar już dwa razy. Dziś zwycięży po raz trzeci.

Zanim piłkarze wyszli na murawę, Mou przeprowadzał z nimi indywidualne odprawy taktyczne. Lucio dostał ultimatum.

– Zero wycieczek z piłką na ich połowie. Nie potrzebujemy fantazjowania. Jeśli złamiesz tę zasadę, zdejmuję cię w okamgnieniu.

Lucio posłuchał. Po dwóch golach Diego Milito puchar był w ich rękach.

Jak radziły sobie sieroty po Mourinho? Z roku na rok coraz gorzej. Massimo Moratti zatrudnił Rafaela Beniteza, choć nie miał pojęcia, że Hiszpan znajduje się na krawędzi obsesji. – Zachowywał się jak paranoik. Kazał zdjąć wszystkie banery z wizerunkiem Mourinho w centrum treningowym – opowiadał Marco Materazzi. – Zagroził mi zesłaniem do rezerw, kiedy zobaczył, że nad szafką w szatni mam zdjęcie z Jose. Jak miałem traktować tego faceta poważnie?

Benitez dotrwał do 17 kolejki Serie A. Później za kierownicą usiadł Leonardo. Kibice Milanu byli wściekli, bo czuli się zdradzeni. Gennaro Gattuso po zdobyciu mistrzostwa Włoch w Rzymie śpiewał z nimi: Człowiek z gówna, Leonardo to człowiek z gówna.

Dziś się tego wstydzi.

Leo wywalczył ostatnie trofeum dla Interu. Sięgnął po Coppa Italia, a w Lidze Mistrzów dotarł do ćwierćfinału. To wtedy Dejan Stanković zdobył najpiękniejszą bramkę w swojej karierze.

Nowy sezon zaczął Gian Piero Gasperini. Inter wpadł w turbulencje chwilę po oderwaniu się od ziemi. Przegrał Superpuchar Włoch, źle rozpoczął rozgrywki Serie A. Piłkarze nie umieli dostosować się do rewolucyjnych zmian trenera, a on nie potrafił wyegzekwować od nich dyscypliny. Gasp przybył do Mediolanu z głową pełną pomysłów. Chciał grać trójką w obronie, co uznano za szaleństwo. Przekonywał Massimo Morattiego, że Rodrigo Palacio jest idealnym wyborem dla Interu. Nie chciał zgodzić się na transfery Diego Forlana i Mauro Zarate. Niewiele mógł, prezydent wiedział swoje.

Po latach wspominał, że zderzył się z olbrzymią ścianą niechęci i braku otwartości. – W  futbolu pięć lat to przepaść. To co dziś jest nowe, jutro staje się stare. Nikt mnie nie rozumiał, a drużyna potrzebowała radykalnych zmian.

W klubie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Moratti przykręcił kurek z pieniędzmi. Nie rządził już autorytarnie, o czym Gasperini przekonał się podczas rozmowy o Mario Balotellim.

– Trenerze, możemy go z powrotem ściągnąć. Co Pan na to?

– Jestem za.

– Ale dwa głosy w klubie to za mało.

Za mało? Kogo więcej trzeba poza prezydentem i trenerem, by piłkarz trafił do klubu?

Symbolem klęski chaotycznego w opinii kibiców Interu i kompletnie niepanującego nad drużyną trenera, była porażka 1:3 z Novarą. Przez dziewięćdziesiąt minut piłkarze kopali grób dla Gasperiniego. On sam podał im łopatę, nie wystawiając w podstawowym składzie Lucio czy Forlana.

Sezon ratowało jeszcze dwóch trenerów. Claudio Ranieri, który dotarł do 1/8 finału Ligi Mistrzów i młodziutki Andrea Stramaccioni. Ostatni mecz w Lidze Mistrzów, nerazzurri rozegrali 13 marca 2012 roku. Pokonali Olympique Marsylia 2:1, ale po wcześniejszej porażce 0:1 nie wywalczyli awansu.

Zagrali w składzie: Julio Cesar – Maicon, Lucio, Samuel, Nagatomo – Poli, Stanković, Zanetti – Sneijder – Milito, Forlan.

Kiedy na oficjalnej stronie internetowej klubu pojawiła się informacja, że Andrea Stramaccioni dokończy sezon, nikt nie spodziewał się, że pozostanie w tej roli na dłużej. W dniu ogłoszenia nominacji nie miał nawet notki biograficznej na Wikipedii. Dla opinii publicznej był anonimową postacią. Latem 2005 roku wymyślił go Bruno Conti, legendarny piłkarz Romy. Powierzył mu opiekę nad juniorami, a później tylko przyglądał się i klaskał z zachwytu, kiedy giallorossi wygrali wszystko, co było do wygrania w piłce młodzieżowej. Sięgnęli po dwa mistrzostwa, zwyciężyli w niezliczonych turniejach w kraju i za granicą. Strama prowadził ich za rękę, a wolnych chwilach kończył studia prawnicze. Podczas obrony pracy magisterskiej „Roma pod rządami Franco Sensiego” zachwycił uczelnianą komisję. Wypadł brawurowo, tak jak brawurowo zapowiadała się jego kariera trenerska. Inteligentny, nowoczesny, dobrze ubrany, porażający elokwencją i osobowością. Idealny materiał na pożarcie przez stare wygi z Serie A.

Massimo Moratti zakochał się w nim bez pamięci, kiedy Inter wygrał młodzieżową Ligę Mistrzów. Już wtedy wiedział, że chce mieć swojego Pepa Guardiolę, że pójdzie pod prąd i zrobi coś spektakularnego. Do zmiany potrzebował argumentu, który przyszedł błyskawicznie. Ledwie kilka dni po triumfie w młodzieżowej Champions League, Claudio Ranieri poległ z Juventusem. Było jasne, że kości zostały rzucone.

Konserwatywne środowisko pełne łysin, siwych włosów, podkrążonych oczu i zmęczonych twarzy przyjęło wymuskanego 36-latka z dużą rezerwą.

Chi? Andrea Stramaccioni?

Najmłodszy trener w Serie A dokończył dzieła, a później solidnie wziął się do pracy. Inter szalał na rynku transferowym. W klubie doszło do poważnych zmian kadrowych. Zaczęto pozbywać się zmurszałych bohaterów potrójnej korony, wprowadzając w ich miejsce świeżą krew. Wymieniono też Gianpaolo Pazziniego na Antonio Cassano, za czym gorąco optował sam Stramaccioni. Po latach został zmasakrowany. – To największe nieporozumienie jakie spotkałem w karierze. Kompletny amator. Mówi ci jedno, a później robi drugie. Jest kompletnym zerem – mówił Antonio.

Szybko otrzymał odpowiedź: To ja wyciągnąłem rękę do tego kłamcy. U mnie grał najlepiej, zdobył 10 bramek, zaliczył 15 asyst. Buntował przeciwko mnie całą drużynę. Miał szczęście, że nie poszedłem z tym do prezydenta Morattiego.

Era Stramaccioniego naznaczona była obiecującym początkiem: awansem do fazy grupowej Ligi Europy i serią siedmiu meczów bez porażki w Serie A. To on jako pierwszy włoski trener pokonał Antonio Conte na „J Stadium”. Wygrał 3:1 po morderczym, pełnym pasji meczu. Kibice byli w siódmym niebie. Zimą doszło do wstrząsów w klubie. W kontrowersyjnej atmosferze do Galatasaray Stambuł odszedł Wesley Sneijder, a Philippe Coutinho nie oparł się pokusie transferu do Liverpoolu. Stramaccioni nie widział dla niego miejsca i popełnił jeden z największych błędów w swojej karierze.

Wiosna była pechowa. W Lidze Europy stoczył epickie boje z Tottenhamem, ale ostatecznie przegrał (w pierwszym meczu 0:3, w drugim 4:1 po dogrywce). W Pucharze Włoch nie sprostał Romie, odpadają w półfinale. W Serie A sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Jego drużyna przypominała grupę kilkudziesięciu uciekinierów, biegnących w różne strony. W ostatnim meczu sezonu, w atmosferze przygnębienia na opustoszałym San Siro, została ostatecznie upokorzona przez Udinese. Skończyła rozgrywki na 9. miejscu w tabeli. Po raz pierwszy od 13 lat miała nie zagrać w europejskich pucharach.

Walter Mazzarri był logicznym wyborem. Wskrzesił potęgę Napoli, przywrócił tej drużynie godność i miejsce w Europie. Sprawił, że stała się konkurencyjna na wielu polach. Inter jawił się mu jako skomplikowane, ale bardzo prestiżowe wyzwanie. Zaczął świetne, od sześciu meczów bez porażki. Miażdżące zwycięstwo 7:0 nad Saussolo było wspaniałym wynikiem, ale piąte miejsce wywalczone na koniec rozgrywek na nikim nie robiło wrażenia. Inter zmieniał się. Massimo Moratti po latach rządów sprzedał klub w ręce Erica Thohira, który przedłużył o dwa lata kontrakt z trenerem. Jasno określił wymagania: chcę powrotu do Ligi Mistrzów.

Symbolem nowej ery był nie tylko egzotyczny właściciel z Indonezji. Wraz z końcem sezonu podczas wzruszającej ceremonii pożegnano Javiera Zanettiego. Nigdy więcej w koszulce Interu mieli już nie zagrać: Walter Samuel, Esteban Cambiasso i Diego Milito. Cztery lata po potrójnej koronie, kończyła się dynastia wspaniałych graczy, z których maksimum wycisnął Jose Mourinho.

Mazzariego szybko zastąpił Mancini, którego zatrudnienie obudziło nostalgię i tęsknotę za pięknymi czasami. Uratować sezonu się już nie dało. W kolejnym „Mancio Boys” grali świetnie, ale tylko do świąt Bożego Narodzenia. Wykorzystali rewolucję w Juventusie i sprowokowali dziennikarzy La Gazzetty dello sport do napisania „Ciao, ciao scudetto”, kiedy bianconeri polegli z Sassuolo. Przepaść punktowa była tak duża, że nie można było tego spieprzyć. Nikt w to nie wierzył.

Wiosną przyszła jednak odwilż. Juve ruszyło impetem bolidu Ferrari i zaliczyło najpiękniejszy come back w nowożytnej historii Serie A.

Czas napięć skończył się dymisją Manciniego dwa tygodnie przed nowym sezonem. Frank de Boer spadł na włoską ziemię jak meteor. Choć wygrał z mistrzem w derbach Italii, to kompletnie nie radził sobie w innych meczach. Przeklęta spirala klęsk nakręcała się od nowa, a kibice uczestniczyli w tej farsie jak bierni obserwatorzy. Stefano Pioli postawił ekipę do pionu, ale zgasł na wiosnę. Po 35 kolejce oglądał już mecze Interu tylko w telewizji. Sezon dokończył poczciwy Sefano Vecchi. Później nastała era Luciano Spallettiego. To był osiemnasty trener w XXI wieku. Trener, który przywrócił Interowi godność i w ostatniej kolejce wcisnął go w objęcia Ligi Mistrzów.

W przeddzień starcia z Tottenhamem w Mediolanie palą się wszystkie lampy alarmowe. Początek sezonu jest koszmarny, a ostatnia porażka z Parmą była niespodziewanym ciosem, wymierzonym prosto w twarz. Spalletti zwołał sztab antykryzysowy. Chce zmienić taktykę na trójkę obrońców, odbudować część piłkarzy fizycznie, tchnąć nowego ducha w drużynę. Po klęsce z beniaminkiem wygłosił płomienną, piętnastominutową przemowę. Doskonale zdaje sobie sprawę, jaki ciężar gatunkowy ma wtorkowe spotkanie. Kibice Interu tęsknili za melodią z hymnu Ligi Mistrzów co najmniej tak,  jak Penelopa tęskniła za Odyseuszem.

Inter w epoce „post Mourinho” toczył pasjonujące boje z Tottenhamem w Champions League. To wtedy na Giuseppe Meazza rodziła się supergwiazda Garetha Bale’a, który demolował obronę nerazzurrich. W rewanżu można go było zatrzymać tylko gasząc światło. Na White Hart Lane kibice rozbawieni nieporadnością prawego obrońcy gości śpiewali: „Taksówka dla Maicona”.

We wtorek na San Siro ich wyjazdowa delegacja może odświeżyć ten klasyk. Wystarczy tylko zmienić piłkarza.

Mateusz Święcicki, komentator Eleven Sports.