Santiago Villafañe: Riquelme to geniusz i wspaniały człowiek. Poszlibyście z nim na obiad i pokochalibyście go jak brata

29.03.2018

Przypadek sprawił, że poznałem Santiago Villafañe. W grudniu postanowiłem przeanalizować składy drużyn pierwszoligowych i przypadkowo natknąłem się na Argentyńczyka z Ruchu Chorzów. Spojrzałem na CV. Pierwszy szok – Boca Juniors. Drugi – Real Madryt Castilla. Później już bez ekscytacji, bo kolejne kluby na nikim nie zrobiłby wrażenia.  Sprawiłem z kim grał i z kim trenował. Czy ma konto na Instagramie i kto go obserwuje. Gonzalo Higuain, Ever Banega, Diego Perrotti, Emiliano Insua, Gabriel Mercado. Nieźle. Spojrzałem jeszcze czy jakiekolwiek polskie media przeprowadziły z nim rozmowę. Zero, kompletna pustka. Postanowiłem więc do niego napisać i przy okazji potrenować swój raczkujący hiszpański przed wyprawą do Chile. Umawialiśmy się długo. Po drodze Santi przeżywał spore problemy osobiste. Umarło mu dziecko, musiał więc wyjechać do Argentyny. 23 marca mogliśmy się wreszcie spotkać i porozmawiać o fascynującym kontynencie jakim jest Ameryka Południowa. Dla mnie była to wielka sprawa.

Zanim zaczniesz mnie o cokolwiek pytać, powiem ci, że do Polski mogłem trafić już wcześniej. W 2011 roku.

Do jakiego klubu?

Polonii Warszawa. Rządził nią wtedy ciekawy człowiek.

Józef Wojciechowski. Mój nauczyciel do hiszpańskiego mówi, że „demente” to słowo oznaczające więcej niż loco. On był „demente”, ale bardzo dobrze płacił piłkarzom.

Pokazywał, że ma mnóstwo pieniędzy. Przekonałem się o tym. Mój agent Hernan Berman współpracował wówczas z grupą menedżerską, która przeprowadziła transfer Andreu do Polonii. Chcieli też mnie. Nie miałem szans na grę w Boca Juniors i szukałem nowego klubu. To było na początku 2011 roku. Pewnego dnia odebrałem telefon i usłyszałem: mam dla ciebie ciekawą ofertę z Polski. Klub ze stolicy, bogaty właściciel, dobry kontrakt, trener Theo Bos, który cię zna i ceni. Nie masz się co zastanawiać. Jedziemy do Marbelli, mają tam zgrupowanie.

Wiesz, że Theo Bos nie żyje, zmarł na raka trzustki w 2013 roku?

Naprawdę? To straszna wiadomość, nie miałem o niej pojęcia.

W Polonii pracował bardzo krótko. Wojciechowski zwalniał trenerów często i spektakularnie. Pojechałeś do Marbelli?

Tak. Usiedliśmy do rozmów i dogadaliśmy się co do długości kontraktu i zarobków. Ale problemy pojawiły się przy ustalaniu prowizji menedżerskiej. Zaczął się wściekać, że agenci chcą go oszukać i jak ci w Polsce wyciągają od niego pieniądze. Zrobił awanturę i powiedział, że nie weźmie od nich żadnego piłkarza.

W 2012 roku sprzedał Polonię, później nieudanie startował na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Nie działa już w futbolu. Jakie zrobił na tobie wrażenie?

Przede wszystkim widać było, że ma olbrzymie pieniądze i lubi to pokazywać. Przyleciał do Marbelli prywatnym odrzutowcem, wynajął wspaniałą willę. Otaczał się wpływowymi ludźmi. Wiesz, że on bardzo dobrze zna Piniego Zahaviego?

Nowego menedżera Roberta Lewandowskiego.

Zahavi to przyjaciel Florentino Pereza. Wchodzi na lożę prezydencką na Santiago Bernabeu jak do własnego mieszkania. Mój agent opowiadał mi kilka lat później, że pojechał odwiedzić Piniego w Madrycie, bo robili wspólne interesy. Nie uwierzysz, kogo spotkał na stadionie? Wojciechowskiego. Okazało się, że z Zahavim znają się doskonale. To samo było w Londynie. Pini ma znakomite relacje z Romanem Abramowiczem, bo przeprowadzał całą operację kupienia Chelsea przez niego. To był jakiś ważny mecz Ligi Mistrzów, Hernan dostał zaproszenie i poleciał. Wchodzi na stadion, a tam Wojciechowski pali cygaro z Zahavim i Abramowiczem.

Chciałem zacząć tę rozmowę od tunelu na La Bombonerze. Oglądałem niedawno dokument o Boca Juniors na Netflixie i zachwycił mnie moment, w którym piłkarze opowiadali jakie emocje czują podczas wychodzenia na murawę. Szatnie są w podziemiach, tunel też. Wychodząc na boisko, nie widzisz najpierw trybun, tylko niebo.

To jedno z najbardziej niesamowitych uczuć, jakie przeżyłem w karierze. Tunel jest bardzo wąski, masz wrażenie, że znajdujesz się w jakimś przejściu do bunkru. Słyszysz tumult na stadionie, spiker zapowiada, że piłkarze niebawem wyjdą na murawę, a kibice zaczynają tak krzyczeć, że odczuwasz drgania. Dosłownie ocierasz się o rywali, bo w tunelu nie ma wiele miejsca. Później musisz pokonać kilkadziesiąt stopni w górę, by wyjść na murawę. Słyszysz doping coraz wyraźniej, zbliżasz się do końca i najpierw widzisz niebo oraz koronę stadionu, a dopiero później boisko i niższe rzędy. Adrenalina w tobie buzuje. Chcesz powtórzyć tę czynność, bo to są nieziemskie wrażenia.

Jak trafiłeś do Boca?

Urodziłem się w Mar de Plata, pięknym mieście położonym nad Oceanem Atlantyckim. Jeśli ktoś chce przyjechać na wakacje do Argentyny, powinien tam wpaść, choć na chwilę. Będzie zachwycony. To wciąż prowincja Buenos Aires, ale do stolicy mamy mniej więcej 4 godziny jazdy samochodem. Jestem bliźniakiem. Z Nicolasem przyszliśmy na świat z lekką wadą płuc. Lekarze zalecali rodzicom, żebyśmy uprawiali sport, bo dzięki niemu organy będą się szybciej rozwijać. Graliśmy więc od najmłodszych lat w piłkę, koszykówkę czy tenis. Kiedy mieliśmy 10 lat, powiedzieliśmy ojcu, że interesuje nas futbol i żeby dał nam spokój z innymi dyscyplinami. Poszedł więc do lokalnej szkółki i zapytał, czy przyjmą nas na treningi. Przyjęli. Dwa lata później wygraliśmy ważny turniej w prowincji Buenos Aires. Razem z bratem dostaliśmy propozycję przejścia do akademii Independiente. Ojciec wsadził nas do samochodu i pojechaliśmy do stolicy. Zobaczyliśmy obiekty treningowe, stadion i akademię, ale tata nie wyraził zgody.

Dlaczego?

Nie podobała mu się okolica. Biedna, niebezpieczna. Mówił, że nie wyśle nas do takiego miejsca. Negocjowaliśmy, przekonywaliśmy go, ale był nieugięty. Twierdził, że jak jesteśmy dobrzy, to zgłosi się po nas kolejny klub.

Czym się zajmują twoi rodzice?

Ojciec jest tłumaczem, mama wychowawcą w szkole i psychologiem. Zajmuje się najmłodszymi rocznikami. Kocha dzieci.

W Polsce starzy bywają szaleni. Chcą, aby ich dzieci były nowymi Lewandowskimi. Twoi też tacy byli?

Nie, nie naciskali. Ale kiedy zauważyli możliwości, to chcieli dla nas jak najlepiej. Wspierali i pomagali.

Boca was wypatrzyła później?

Tak, graliśmy dobrze. Nie chcę mówić, że byliśmy złotymi dziećmi, ale wyróżnialiśmy się. Strzelaliśmy dużo goli, przewyższaliśmy swoich rówieśników motoryką. Wada płuc nie była żadnym problemem. Tak zasuwaliśmy od najmłodszych lat, że praktycznie zniknęła.

Ojciec nie protestował?

Nie, ale odpowiedzialnie pojechał z nami i zobaczył, gdzie będziemy trenować. Wpadł na pomysł, że zamieszkamy z ciocią. Nie było to najgorsze rozwiązanie, bo mieliśmy opiekę i zawsze mogliśmy liczyć na jej pomoc, ale dobijały nas dojazdy. Mój reżim przez kilka lat wyglądał tak: pobudka o 6, śniadanie, godzinny dojazd do szkoły. Po zajęciach kolejna godzina w podróży do siedziby klubu. Tam przebieraliśmy się i jechaliśmy 45 minut na obiekty treningowe. Wracałem po treningu bardzo późno. Jadłem kolację, brałem kąpiel i padałem ze zmęczenia. Nie miałem siły na nic. Szybko dorastałem. Prowadziliśmy z bratem bardzo intensywne i wyczerpujące życie. Nie chcieliśmy zawieść nikogo. Nie chcieliśmy wracać do Mar de Plata, więc zaciskaliśmy zęby.

Ojciec jest fanem Boca Juniors?

Tak, kocha ten klub.

Więc pewnie dlatego nie protestował.

Tak, ale musisz pamiętać, że Boca miała wówczas zdecydowanie lepszą renomę niż Independiente. Słynęła ze szkolenia młodzieży. Mój rocznik 1988 był znakomity. Ogrywaliśmy wszystkich, byliśmy najlepsi w kraju. Wychodziliśmy na boisko i wiedzieliśmy, że wygramy. Zastanawialiśmy się tylko jak wysoko.

Kto oprócz ciebie i twojego brata Nicolasa grał w tamtej drużynie?

Ever Banega, Nicolas Gaitan, Juan Forlin. Banega dołączył do nas w 2004 roku i po pierwszym treningu wiedzieliśmy, że mamy do czynienia ze zjawiskiem. Umiał wszystko. Oczywiście każdy z nas zdawał sobie sprawę, że przeskok do seniorskiej drużyny jest jak podróż w kosmos, ale kto jak nie Ever miał sobie dać radę. Trenerzy mówili, że ma talent na miarę Juana Romana Riquelme, cmokali z zachwytu, dbali o niego. Dziś zostałby sprzedany do czołowego, europejskiego klubu przed debiutem w pierwszej drużynie Boca. Bardzo się polubiliśmy. Spędzaliśmy mnóstwo czasu. On czuł się trochę samotny, bo przyjechał z Rosario do wielkiego miasta i nikogo nie znał.

Banega obserwuje cię na Instagramie. Regularnie lajkuje twoje zdjęcia, pisze komentarze.

Ta znajomość przetrwała, choć nasze drogi rozeszły się bardzo wcześnie. Dziś Ever przeżywa kapitalny okres w Sevilli. Gra doskonale, zwłaszcza w Lidze Mistrzów.

Nicolasa Gaitana kojarzę z występów w Benfice i Atletico, Juan Forlin grał kiedyś w Espanyolu. To z nim wyjechałeś do Madrytu.

Tak. W pierwszej drużynie Boca zadebiutowałem w 2007 roku. To był wspaniały czas dla klubu, bo zdobyliśmy Copa Libertadores i choć nie wystąpiłem w ostatnim meczu to mam pamiątkową koszulkę i zdjęcie, na którym cieszę się ze zwycięstwa. Nie ukrywam, że byłem w ekstremalnie trudnej sytuacji. Kojarzysz Hugo Ibarrę?

Jasne, prawy obrońca. W Europie znany jest dzięki grze w AS Monaco. W 2004 roku dotarł nawet do finału Ligi Mistrzów. Miał kapitalne, firmowe zagranie. Krzyżakiem dośrodkowywał w pole karne.

Zaraz pokażę ci jego jedną bramkę dla Boca. On był mistrzem. Miał świetną reputację i niekwestionowane miejsce w pierwszym składzie. Mogłem wchodzić za niego tylko na wypadek kontuzji albo kartek. Chciałem grać, byłem młody, regularnie powoływano mnie do reprezentacji juniorskich. Ale nie miałem szans. Hugo był lepszy, nieporównywalnie bardziej doświadczony. Miał klasę.

Sprawdziłem skład Boca z twojego pierwszego sezonu w drużynie seniorów. Rozegrałeś łącznie cztery spotkania. Dzieliłeś szatnię z Juanem Romanem Riquelme, Martinem Palermo, Matiasem Silvestrem, Rodrigo Palacio czy Lucasem Pratto. Riquelme ma w Polsce wielu wyznawców. Jaki to człowiek?

Kochany. Uwielbiający życie towarzyskie, asado, wino, rodzinę i spotkania z przyjaciółmi. Kiedy trafił do nas w 2007 roku był przygaszony. Przeżywał trudne chwile w Villarrealu i początkowo Boca go jedynie wypożyczyła. Ale szybko odżył. Pomógł nam wywalczyć Copa Libertadores, później podpisał kontrakt na kilka lat. Wiesz, to były jeszcze czasy, w których czułeś olbrzymi respekt do gwiazd. Ja siedziałem z nim w jednej szatni, ale patrzyłem na niego jak na boga. Był moim idolem. Mógłbyś mi podać wodę, Santi? Nie ma problemu. Mógłbyś spakować moje rzeczy? Jasne. Do usług. Takie to były relacje. Riquelme był milczącym liderem. Lubił skupiać wokół siebie piłkarzy. Pojawił się wówczas pewien konflikt interesów, bo Martin Palermo to silna osobowość i on też miał swoją grupę. Ja należałem do drużyny Riquelme. Zawsze zastanawiałem się, jak on dawał sobie radę w Europie, skoro nienawidził biegać. Wyobraź sobie, że istnieje taki rodzaj piłkarza, który nie znosi biegania. Przecież to absurd. On nie biegał na treningach, nie biegał podczas meczów, sprint to było dla niego pojecie obce. Ale jak już miał piłkę przy nodze robił z niej cuda. Miał stały rytuał. Kazał ustawić sobie dziesięć piłek po treningu, mur i zapraszał bramkarza między słupki. Później zakładał się, że pokona go dziesięć razy i zazwyczaj wygrywał. Otwierałeś usta z wrażenia. Geniusz.

Martin Palermo?

Bardzo silna osobowość. Budził strach. Pokażę ci coś. W 2000 roku Palermo wracał po poważnej kontuzji kolana. Boca grała z River w Copa Libertadores, a trener Carlos Bianchi po sześciu miesiącach przerwy posadził go na ławce rezerwowych. Znam tę historię doskonale, bo wówczas asystentem Bianchiego był mój teść, Carlos Ischia. Américo Gallego prowadził River. Na konferencji prasowej przed meczem szydził z Palermo. Martin był wtedy bardzo ociężały, gruby, widać to na zdjęciach. Kompletnie nie nadawał się do gry przez dziewięćdziesiąt minut. Bianchi posadził go jednak na ławce. Boca musiała odrobić straty z pierwszego meczu, by awansować do ćwierćfinału. Przy stanie 1:0, Palermo wszedł na boisko. Kilka minut później Riquelme wykorzystał rzut karny, a Martin w samej końcówce dobił River. To był fantastyczny moment. Popłakał się po meczu jak dziecko, a jakiś kibic przygotował filmik z tego gola. Zwróć uwagę jak wolny, jak ociężały jest Palermo.

To był rok, w którym Boca wywalczyła Copa Libertadores, a Palermo w meczu o Puchar Interkontynentalny pokonało Real Madryt. Pamiętam ten mecz, Palermo strzelił dwa gole. W jaki sposób ty siedem lat później trafiłeś do Realu?

Julen Lopetegui, obecny selekcjoner reprezentacji Hiszpanii pracował w Madrycie jako skaut. Jeździł po Ameryce Południowej i obserwował piłkarzy. Sporządził raport, w którym zarekomendował mnie i Juana Forlina. Kiedy trener Boca przekazał mi tę informację, nogi się pode mną ugięły. Nie mogłem w to uwierzyć. Jak to? Ja do Realu? – Spokojnie, chcą cię do Castilli. Nic nie tracą. Ty też nie. Pojedziecie we dwóch, będzie grać w rezerwach, a z czasem może przeniosą was do pierwszej drużyny. Nie masz się co zastanawiać. To jedyna szansa w życiu. A Realowi się nie odmawia. Nawet jeśli to tylko Castilla.

Przeżyłeś szok?

Tak, choć byłem w rodzinie Boca kilka lat. Nie znajdziesz większego klubu w Argentynie. To sufit. I nagle, po długiej podróży trafiasz do świata, którego nie możesz porównywać z tym, czego doświadczyłeś wcześniej. Byłeś kiedyś w Valdebebas?

Nie.

Centrum treningowe Realu zapiera dech w piersiach. Nie chodzi jedynie o rozmach, warunki dla piłkarzy, ale i magię, którą tam czujesz. Wszystko jest zaplanowane bardzo pomysłowo. Budynek dla pierwszej drużyny znajduje się troszkę wyżej, czujesz więc, że jeśli chcesz być jej częścią, musisz wspinać się. Ciężko trenować i dawać z siebie maksimum. Moim trenerem został Julen Lopetegui. Na początku widać było, że sobie nie radzi. Nie czuł się dobrze w nowej roli, gubił, miał problemy z przekazywaniem informacji, treningi wyglądały źle. Ale bardzo szybko się uczył i miał niesamowitą determinację. Patrzyłeś na niego i myślałeś: dobrze nie jest, ale ten człowiek rozwija się z dnia na dzień. Będą z niego ludzie.

Walczyliście wówczas o awans do Segunda Division. Odnalazłem krótką rozmowę z 2007 roku, w której mówisz, że występy w Realu Madryt Castilla to dla ciebie okazja na zdobycie doświadczenia w Europie. Mieliście ciekawą ekipę. Dzieliłeś szatnię z Danim Parejo.

Nie tylko z nim. W bramce stał Antonio Adan, w pomocy biegał Juanmi Callejon, a w ataku jego brat Jose, który dziś gra w Napoli. Kojarzyć możesz też Miguela Palancę, który później grał w Polsce, Denisa Czeryszewa czy Adama Salaia. Do drużyny wchodził Nacho, ale nikt nie wierzył, że zrobi karierę i przebije się do pierwszej drużyny. Miał gigantyczne problemy ze zdrowiem. Walczył z cukrzycą. Wielokrotnie widziałem, jak robi sobie zastrzyki insulinowe, jak traci przytomność podczas treningów. Rozmawiałem z nim kiedyś i opowiadał mi, że jeden z lekarzy kazał mu zapomnieć o sporcie. Twierdził, że cukrzyca przekreśla jego szansę. Rodzice zorganizowali jednak spotkanie z wybitnym endokrynologiem, ten przebadał Nacho i powiedział, że będzie ciężko, ale medycyna daje nadzieje. Musiał rygorystycznie przestrzegać diety, prowadzić się bardzo profesjonalnie i nie pozwalać sobie na odstępstwa od reguł.

Dani Parejo, dziś reprezentant Hiszpanii uchodził za wielki talent. Alfredo Di Stefano, który przychodził oglądać mecze Castilli, mówił, że jak Real go sprzeda, to on nie pojawi się na stadionie nigdy więcej.

Di Stefano był zakochany w Danim. Uważał, że to jest materiał na wielką gwiazdę. Wielokrotnie widziałem go podczas treningów i meczów. Nie siedział na trybunach. Mecz oglądał z poziomu murawy. Zawsze był doskonale poinformowany. Wiedział, którzy piłkarze przyjechali z Argentyny i traktował nas bardzo czule. Podchodził, pytał się co słychać, czy wszystko jest w porządku. Mógł godzinami opowiadać o swoich czasach w Argentynie. Rozegrał nawet kilka meczów w reprezentacji, później oczywiście był gwiazdą kadry Hiszpanii. Ale nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach.

Nie zadebiutowałeś w pierwszej drużynie Realu Madryt. Miałeś okazję trenować z pierwszą drużyną?

Tak, wchodziłem do szatni na palcach. Trenerem najpierw był Bernd Schuster, później Juande Ramos. Pamiętam dzień, w którym powiedziano mi, że następnego dnia mam pojawić się na zajęciach z pierwszą drużyną. Adrenalina aż we mnie buzowała. Przedstawiono mnie pierwszemu zespołowi, a Gabriel Heinze i Gonzalo Higuain kazali mi się rozgościć. Higuaina znałem od lat, przyjaźniliśmy się i wciąż utrzymujemy kontakt. Jeździliśmy regularnie na zgrupowania reprezentacji młodzieżowych, pamiętam też czas, w którym on otrzymał propozycję występów w kadrze Francji. Urodził się w Breście, więc mógł dla nich grać. Raymond Domenech, który prowadził wówczas reprezentację,nalegał, dzwonił, przyjeżdżał na osobiste spotkania. Higuain czuł się jednak Argentyńczykiem, zawsze marzył o występie w seniorskiej drużynie. To nie był dla niego łatwy czas. Gabriel Heinze pozostanie zawsze dla mnie fenomenem. To jeden z niewielu piłkarzy na świecie, którzy udowodnili, że nogi mogą cię kompletnie nie słuchać, ale jeśli jesteś szaleńczo zdeterminowany to możesz dojść nawet na szczyt. To był niesamowity profesjonalista. Wiedział, że musi pracować dużo więcej niż inni, by zamaskować swoje wady. Ale żaden piłkarz nie wywarł na mnie tak olbrzymiego wrażenia jak Raul. Pierwszy na treningu, ostatni z treningu. Pomyślałem sobie wtedy: widzisz, nie ma wymówek, nie ma dróg na skróty. Od tylu lat gra na najwyższym poziomi i to się nie bierze z niczego. Talent to nie wszystko.

Dlaczego nie zostałeś w Madrycie dłużej niż rok?

Na pewno nie dałem argumentów piłkarskich i jestem bardzo krytyczny w samoocenie. Ale pamiętajmy też, że rok po moim przyjeździe w klubie doszło do rewolucji. Florentino Perez ponownie został prezydentem i poleciało wiele głów. Między innymi Lopeteguiego, który był człowiekiem Ramona Calderona i stracił pracę. Później otrzymał propozycję prowadzenia juniorskich reprezentacji Hiszpanii i radził sobie bardzo dobrze. Wróciłem do Boca i grałem w rezerwach. W kolejnym sezonie, kiedy trenerem był Abel Alves zaliczyłem kilka występów w pierwszym zespole. Przegrałem jednak rywalizację o miejsce z Garym Medelem. On wtedy występował na prawej obronie. Był szalony. Skoro wcześniej użyłeś słowa demente, to teraz możemy je powtórzyć. Medel to wariat. Nie znosiliśmy go w młodzieżowych reprezentacjach Argentyny. Mecze przeciwko Chile to zawsze była dla nas wojna, z czerwonymi kartkami, bójkami, mnóstwem wulgarnych słów. Medel i Vidal byli pierwsi do konfliktów, ale Arturo prezentował nieporównywalnie większą klasę piłkarską. Gary obrażał nas wszystkich. Posyłał w twoim kierunku najgorsze słowa jakie może wypowiedzieć człowiek. Później spotykamy się w Boca, a on podchodzi do mnie i mówi: cześć Santi, przyjacielu, jak się masz? Dobrze cię widzieć.

I jak go nie kochać?

Przeanalizowałem twoje występy w reprezentacjach młodzieżowych. Byłeś częścią drużyny, która w 2006 roku wyjechała na bardzo znany turniej do Tulonu. Otarłeś się także o kultową kadrę U-20, która w Kanadzie w 2007 roku została mistrzem świata. Na finały jednak nie pojechałeś.

W Tulonie nie poszło nam dobrze, choć tworzyliśmy ciekawą ekipę. Sergio Romero w bramce, w obronie Gabriel Mercado, Maxi Moralez i Mauro Zarate w ataku. Nie wyszliśmy z grupy. Kanada to już zupełnie inna historia. Mieliśmy wspaniałą, bardzo doświadczoną drużynę. Znalazłem się na szerokiej liście, ale opałem w samej końcówce i nie załapałem się na turniej. Rok wcześniej graliśmy z gospodarzami mecz i wystąpiłem w pierwszym składzie. Jeśli przypomnisz sobie skład z Kanady to zauważysz pewną ciągłość. Lautaro Acosta, Maxi Moralez, Damian Escudero, Mauro Zarate, Gabi Mercado i Sergio Romero dwa lata wcześniej razem ze mną pojechali do Tulonu. Hugo Tocalli wzmocnił tę grupę Everem Banegą, Sergio Aguero, Pablo Piattim, Angelem Di Marią czy Federico Fazio i sięgnął po Mistrzostwo Świata.

Pokonaliście Polskę 3:1 w 1/8 finału, choć to my prowadziliśmy 1:0 po golu Dawida Janczyka. Z tamtej reprezentacji kilku naszych zrobiło kariery. Wojciech Szczęsny, Grzegorz Krychowiak, Bartosz Białkowski, Przemysław Tytoń. Ale oczywiście nie możemy porównywać się do Argentyńczyków.

Tak, ale nigdy nie masz gwarancji, że wielu piłkarzy przeskoczy na poziom seniorski i utrzyma się na nim przez lata. Ja po Boca grałem w Utechcie, FC Midtjylland, OFI Kreta, RNK Split czy PFC Montana. Ktoś powie, że moja kariera potoczyła się źle, bo zapowiadałem się na lepszego obrońcę, byłem reprezentantem młodzieżowym Argentyny, a dziś walczę o utrzymanie w pierwszej lidze w Polsce. Nie patrzę na to w ten sposób. W Danii szło mi bardzo dobrze, ale odniosłem poważną kontuzję, która wiązała się z operacją i roczną przerwą. Popadłem w konflikt z władzami klubu i walczyłem w FIFA o rozwiązanie umowy. Traciłem kolejne miesiące i kiedy otrzymałem informację, że mogę odejść, agent zaproponował mi klub w Grecji, bo tylko tam mogłem podpisać umowę. Oczywiście pojawiły się kłopoty z wypłatami, więc odszedłem na Kretę, a później wróciłem do Argentyny. W Europie pograłem jeszcze w Chorwacji i w Bułgarii, aż zadzwonił Krzysztof Warzycha i przedstawił mi propozycję z Ruchu Chorzów. Nie zastanawiałem się, zaufałem mu, bo wiem, że w Grecji jest legendą i uchodzi za bardzo wiarygodnego człowieka.

Długo umawialiśmy się na tę rozmowę. Przeżywałeś spore kłopoty osobiste, twoje dzieci były pod stałą opieką lekarską w Buenos Aires. Jedno z nich niedawno zmarło.

Tak, moja narzeczona przeżywała problemy już podczas ciąży. Lekarze z Rudy Śląskiej bardzo nam pomagali i muszę podziękować im za wszystko. Nigdy tego nie zapomnę. Dzięki ich profesjonalizmowi i podjęciu decyzji o interwencji laserowej w trakcie ciąży, jedno z moich bliźniąt wciąż żyje. Dante i Leo nie rozwijali się symetrycznie. Postaram się to opisać najprostszymi słowami. Urodzili się bardzo wcześnie, bo już w szóstym miesiącu. Lekarze zauważyli, że Dante zajmuje więcej miejsca w brzuchu mamy i przytłacza swoimi rozmiarami Leo. Tym samym drugie dziecko nie mogło rozwijać się naturalnie. Przyszło na świat mniejsze, z genetyczną wadą płuc, która dawała niewielkie szanse na przeżycie. Liczyliśmy się z tym, ale bardzo wierzyliśmy, że Bóg pozwoli mu przeżyć. Niestety Leo umarł. Klub zachował się fantastycznie wobec mnie. Prezes, dyrektor i trener kazali mi jechać do Argentyny i wrócić, kiedy będę czuł się na siłach. To był wzruszający, ludzki akt, który niezwykle sobie cenię. Chcę też podkreślić, że dotarły do mnie zdjęcia, na których kibice Ruchu wspierają mnie w trudnej chwili. Dziękuję wam za wsparcie, za oprawę przygotowaną specjalnie dla mnie. Jesteście wspaniali.

Napisałeś na Instagramie i Facebooku wzruszające słowa o śmierci Leo.

Tak, napisałem, że Bóg zabrał nam anioła, ale mimo olbrzymiego bólu, staram się pogodzić z jego decyzją. Jestem bardzo wierzącym człowiekiem, Bóg wie lepiej, co jest dla mnie dobre. Może Leo miałby straszne życie? Może nie mógłby normalnie biegać, przeżywać dzieciństwa, bawić się z kolegami? Może lepiej, że odszedł do nieba? To ekstremalnie ciężkie doświadczenie, bo nie możesz przeżyć niczego gorszego od utraty dziecka. To jakby umarła część ciebie. Nie jestem w stanie opisać słowami, bólu, który czujemy, ale teraz modlimy się o zdrowie Dantego. Wierzę, że da sobie radę. Jest silniejszy. Jest wojownikiem. Wierzę, że wyjdzie ze szpitala.

Twoja narzeczona jest miłością z dzieciństwa?

Trochę tak. Znamy się od 13 roku życia, ale dopiero od kilku lat jesteśmy ze sobą. Podróżuje za mną wszędzie. Jest bardzo mądrą, samodzielną i odpowiedzialną kobietą. Kocha piłkę nożną. Jej ojciec, Carlos Ischia jest bardzo szanowanym szkoleniowcem w Ameryce Południowej. Był legendą Velez Sarsfield jako piłkarz, później pracował u boku Carlosa Bianchiego w Boca Juniors czy Romie. Jako pierwszy trener prowadził też Bocę. Oglądałeś trzeci sezon serialu Narcos?

Jasne, uwielbiam. W tym roku nie zdążę, ale w przyszłym lecę do Kolumbii.

Ischia był podstawowym piłkarzem America de Cali, kiedy kartel rządził światowym rynkiem kokainy. Bracia Miguel i Gilberto Rodriguez Orejuel uwielbiali piłkę nożną. Kupowali wielkie anteny, instalowali je na dachach swoich willi i oglądali mecze dniami i nocami. Mieli wielkie ambicje, chcieli udowodnić swoją dominację na kontynencie, ale nie wygrali Copa Libertadores. Trzy razy z rzędu dochodzili do finału i za każdym razem przegrywali.

Masz poczucie niedosytu w swojej karierze?

Nie. Słuchaj, ja spełniłem swoje największe marzenie. Zagrałem w Boca Juniors. Występowałem w reprezentacjach młodzieżowych Argentyny, wyjechałem do Madrytu, później grałem w Danii, Grecji czy Bułgarii. Zebrałem mnóstwo doświadczeń, zarobiłem trochę pieniędzy, poznałem fantastycznych ludzi. Sam zauważyłeś, że Diego Perrotti, Gonzalo Higuain czy Ever Banega są ze mną w kontakcie na Instagramie czy Facebooku. Dzięki futbolowi zwiedziłem cały świat, poznałem kultury i obyczaje, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Miliony dzieciaków marzy o zawodowej grze w piłkę, o utrzymywaniu się z niej. Ja mogę to robić i należę do szczęściarzy. Taką mam naturę i to słowa, które płyną prosto z serca.

Mateusz Święcicki (komentator Eleven Sports)

Making of:

Miejsce: Restauracja „Sztolnia”, Katowice
Długość rozmowy: 3 godziny
Czy piliśmy alkohol: nie
To co piliśmy: wodę z cytryną, niegazowaną
Ile razy wypowiedziałem słowo Dybala: 11
Czy Santi mówił źle o River Plate: nie
Komu kibicuje Santi: Realowi, ale uwielbia Messiego
Wydarzenia szczególne: piękna kelnerka, która mówiła po hiszpańsku. Pozdrowienia dla niej!