Robak profesjonalizmu mnie zżera, stres towarzyszy każdego dnia

18.07.2018

Tachykardia, ataki paniki, fatalne samopoczucie, bezsenność i obezwładniający stres zmusiły Arrigo Sacchiego do zakończenia kariery trenerskiej. Perfekcjonizm wymknął mu się spod kontroli i obrócił przeciwko niemu. Trenerzy zrozumieją ten artykuł, być może nawet zobaczą w nim samych siebie.

Chciałem zacząć drugi akapit od osobistych uczuć względem twórcy największych sukcesów w historii Milanu, ale uznałem to za kabotyństwo. Tym bardziej, że nikt lepiej nie zdefiniował Sacchiego od jego piłkarza, później asystenta i skrytego wielbiciela, Carlo Ancelottiego.

Gdy wylądowałem w Milanie, spotkałem kogoś, kto sprawiał człowieka niespełna rozumu i był to trener. Szybko jednak zrozumiałem, że Sacchi nie jest szaleńcem, lecz geniuszem. Stosował całkowicie innowacyjne metody. Gdyby przyjąć, że intensywność standardowego treningu mierzy się w skali od jednego do dwudziestu, intensywność treningów w Milanello należałby ocenić na pełne sto. Pod wieczór wszyscy z przerażeniem myśleliśmy o tym, że trzeba będzie wejść po schodach do pokoi. Nie potrafiliśmy sobie tego wyobrazić. Dorośli mężczyźni, a szlochaliśmy jak dzieci. To była męka. Poruszaliśmy się jak zombie. Krótki spacer z jadalni do szatni stanowił prawdziwy sprawdzian siły woli.

Był numerem jeden. Był najlepszy i najgłośniejszy, nawet podczas snu. Nie śnił, lecz wrzeszczał i krzyczał. Śpiąc, wydawał z siebie koszmarne odgłosy, jak gdyby ktoś usiłował poderżnąć mu gardło. Co jakiś czas padały też jakieś polecenia taktyczne, nawet gdy twardo spał. Chryste, on się nigdy nie wyłączał. To był sekret jego sukcesu, ale prawdopodobnie również wielkiego cierpienia – jego i innych.
Zanim popadł w swój nocny kataleptyczny trans, co miało zwykle miejsce około wpół do jedenastej wieczorem, robił obchód po pokojach zawodników. Idąc korytarzem, szorował kapciami po podłodze, słyszeliśmy więc, że nadchodzi. Gasiliśmy światło, wskakiwaliśmy do łóżek, przykrywaliśmy głowy kocami i udawaliśmy, że śpimy.

Zwróciliście uwagę? To był sekret jego sukcesu, ale prawdopodobnie również wielkiego cierpienia.

Sacchi zwykł mawiać, że jego mózg uciekał z ciała, wymykał mu się spod kontroli i doprowadził do choroby. Kiedy rozpoczynał karierę trenerską w Fusignano już cierpiał na perfekcjonizm. Drużyna z miasta liczącego osiem tysięcy mieszkańców była początkiem jego wielkich sukcesów, ale i piekielnych katuszy. Nazywał ją po latach gąsienicą przed motylem.

Anonimowy trener beznadziejnej drużyny, którą przychodzili oglądać jedynie starsi panowie mówiący dziwnym dialektem, przez nikogo nie był uważany za Kopernika piłki nożnej. Kto mógł przypuszczać, że w zapyziałeś mieścinie w prowincji Rawenna mieszka człowiek, który zrewolucjonizuje piłkę nożną i dla tysięcy trenerów będzie punktem odniesienia? Nawet leciwy prezydent klubu nie wróżył mu wielkiej kariery. Patrzył na niego jak na dziwadło, które ubzdurało sobie, że Fusignano to Real Madryt. – Dla mnie to był Real Madryt. Zawsze dawałem z siebie absolutnie wszystko, bez względu na poziom rozgrywek.

Pierwsze tortury wywołane przez stres Arrigo Sacchi przeżył, kiedy zaatakowała go grypa. Zachorował, bo lekceważył kapryśną pogodę. Miał czterdzieści stopni gorączki, pocił się okrutnie, nie mógł podnieść się z łóżka, a jego drużyna rozgrywała mecz ligowy. Musiał być z nimi. Włączył radio i wsłuchując się w pierwsze słowa transmisji poczuł nieoczekiwany przypływ energii. Zaczął grać swój mecz. Wściekał się, przeklinał zawodników, zachowywał, jakby siedział leżał na ławce rezerwowych. Zapomniał o chorobie dzięki adrenalinie. Grypa zeszła na drugi plan.

Wszystko robił z szaloną pasją, a to oznaczało, że stres będzie wiernym towarzyszem jego niezliczonych podróży i nigdy go nie opuści. Dopóki umiał go oswoić, radził sobie znakomicie. Miał asa w rękawie, dodatkowy napęd, który czynił go wyjątkowym trenerem.

Już wówczas zrozumiał, że musi podpisywać tylko dwunastomiesięczne kontrakty. Wiedział, że poskromienie stresu na dłużą metę jest niemożliwe, bo pewnego dnia fałszywy sprzymierzeniec przejdzie na drugą stronę i zacznie walczyć przeciwko tobie. Nie mógł jednak przewiedzieć jakie szkody poczyni w jego organizmie. Jak bardzo nadwyręży serce i jak blisko przesunie jego głowę pod kosę śmierci. W 2001 roku prowadząc drogiego Jaguara cudem uniknie zderzenia z ciężarówką. Dzień później powie sobie dość.

Podczas kariery trenerskiej wielce czcigodny Arrigo Sacchi cierpiał na bezsenność. Wolał, aby noc nigdy nie została wymyślona, bo każda godzina snu jest stratą czasu. A przecież możesz przeznaczyć go na studiowanie i udoskonalanie taktyki, na rysowanie strategii na drzwiach pokoi hotelowych swoich piłkarzy.

Zanim został trenerem Milanu, wszędzie podpisywał roczne kontrakty, choć czasami je odnawiał. Oczywiście na kolejne na dwanaście miesięcy. Zanim podjął pracę  w Primaverze Ceseny, uświadomił sobie, że hoduje robaka perfekcjonizmu, który jako cenny sojusznik towarzyszy mu w każdym kolejnym klubie. Był wielką pomocą, bo umiał go kontrolować.

Z Ceseną sięgnął po młodzieżowe mistrzostwo. Odszedł do Rimini, co można wytłumaczyć tak, jakby ktoś opuścił Arkę Gdynia na rzecz Lechii Gdańsk. Czuł stres, ale przyjął propozycję. Wszechobecne napięcie poznawało mu zawsze iść do przodu. Nigdy nie wyłączał tej wtyczki. Całymi dniami myślał wyłącznie o piłce nożnej. Bez przerwy. Tygodniowy stres rozładowywał w weekendy, kiedy przyszło mu kierować swoimi drużynami z ławki trenerskiej. Nie udawał, nie grał pod publiczkę. Był wiecznie niezadowolony z siebie i swoich piłkarzy. Męczył ich straszliwie.

Dlaczego więc nie mógł rzucić tej roboty w cholerę?

Za każdym razem, kiedy wygasał mu dwunastomiesięczny kontrakt, prowadzona przez niego drużyna stawała przed nowym wyzwaniem, albo otrzymywał atrakcyjniejszą ofertę pracy. Karmiło to jego ego. Fiorentina zaproponowała mu kierowanie drużyną młodzieżową, więc poszedł tam na rok. Później znowu Rimini, a następnie Parma.

-Arrigo chcemy cię tutaj!

-W porządku, ale tylko na rok, później przestaję. Jestem zestresowany.

Sezon się kończy, awans zostaje wywalczony, trener chce odejść. Jest zestresowany coraz bardziej.

– Arrigo musisz zostać. Nie możemy przerwać tego cyklu.

-Jestem zestresowany, ale w porządku. Zostaję. Ale tylko na rok. Po roku odchodzę.

-Dzięki Arrigo.

Z Parmą sensacyjnie eliminuje Milan z Pucharu Włoch. Wygrywa mecz na San Siro. Oczarowany Silvio Berlusconi postanawia ściągnąć go do Lombardii za wszelką cenę.

– Arrigo, tu Silvio Berlusconi, zachwyciłeś mnie. Zapraszam do Milanu.

– Dziękuję, to zaszczyt. Ale tylko na rok. Jestem zestresowany.

W Mediolanie wygrywa swoje pierwsze scudetto.

– Arrigo, zostań z nami. Podbijmy Europę.

– Bene, ale tylko na rok. Jestem zestresowany. Muszę odpocząć.

Po dwunastu miesiącach wygrywa Puchar Europy. Zostaje. Za rok znowu pokonuje wszystkich na Starym Kontynencie. Rewolucjonizuje piłkę, jest uważany za geniusza. Stres zżera go coraz bardziej.

Walczy z własnym ja. Dostrzega jak kapituluje pod wpływem niekończących się napięć, ale wciąż trenuje. Cytuje sobie Cesare Pavese, który zwykł mawiać, że nie ma sztuki bez obsesji i wtedy przez chwilę czuje się lepiej. Prowadzi Milan na szczyt światowej piłki. W 1991 roku jego zbombardowany układ nerwowy odmawia posłuszeństwa. Jest na skraju wyczerpania, więc idzie do Berlusconiego i składa rezygnację. Wyhamowuje. Na chwilę.

Kiedy wzywa kraj, nie może odmówić. Propozycja prowadzenia reprezentacji Włoch jest konsekwencją jego genialnej pracy. Teoretycznie ma być lepiej. Mniej treningów, więcej obserwacji i selekcji. Mniej stresu. Ale tylko na papierze.

W rzeczywistości więcej wolnych, martwych dni.

W każdej kolejnej pracy pożerał go robak profesjonalizmu. Od pewnego czasu przestał być sojusznikiem. Podczas kierowania Atletico Madryt jego serce niemal odmówiło posłuszeństwa. Lekarz kazał mu się opamiętać, bo „są w życiu ważniejsze rzeczy od piłki nożnej”.

Przed pisaniem tego artykułu przeczytałem mnóstwo wywiadów z Arrigo Sacchim. Już jako dziecko nie lubił wakacji. Uwielbiał się uczyć i nie znosił marnowania czasu. Podczas pracy trenerskiej gardził obojętnymi karierowiczami. Uważał, że lepiej być chorym, obsesyjnym profesjonalistą niż pozorantem.

Nie był dobrym ojcem. Przed wiele lat nie sypiał w domu dłużej niż przez trzy noce z rzędu. Odpracował to jako dziadek. Kompletnie stracił głowę na punkcie swoich wnucząt, zwłaszcza maleńkiej Giulii.

Zapytany o to, w kim widzi dziś Sacchiego, odpowiedział: w Guardioli.

-Żyjemy w znakomitych relacjach, długo z nim rozmawiałem zanim udał się na roczny urlop do Nowego Jorku. Jest perfekcjonistą, który potrafi okiełznać robaka profesjonalizmu.

Pytanie, na jak długo?

*Podczas pisania tego artykuły korzystałem z wywiadów z Arrigo Sacchim we włoskiej prasie, biografii Jesusa Gila oraz Carlo Ancelottiego.

Mateusz Święcicki
komentator Eleven Sports