Masturbacja mentalna, czyli kim jest Maurizio Sarri?

12.07.2018

Uzależniony od nikotyny doktryner i twórca najefektowniejszego stylu gry na Półwyspie Apenińskim, który Roberto Manciniego nazwał pedałem, a włoskiej dziennikarce kazał się odpierdolić, zostanie trenerem Chelsea. Czy to ma jakikolwiek sens?

Kibice „The Blues”, odpowiedzcie sobie na kilka pytań. Czy chcielibyście, aby wasz trener pokazywał środkowy palec fanom Arsenalu? Aby w poprawnej politycznie lidze, krzyczał do innych szkoleniowców, że są pedałami? Używał wulgarnych słów na konferencjach prasowych względem kobiet? Mówił, że wymaganie od niego sześciu zmian personalnych to masturbacja mentalna? Tworzył syndrom oblężonej twierdzy i węszył spiski? Obsesyjnie wierzył w przesądy? Zakładał jedynie ciemne ciuchy? Deklarował, że a i owszem, garnitur to on przywdzieje, ale tylko do trumny?

Czy wybaczylibyście mu wszystkie fanaberie i grzechy, gdyby stworzył w Londynie najefektowniej grającą drużynę w Premier League? Rzucił wyzwanie Pepowi Guardioli? Wykreował system oparty na niezliczonej ilości krótkich podań? Wbił piłkarzom do głów trzydzieści trzy warianty rozgrywania stałych fragmentów? Dbał o ich indywidualny rozwój, zmieniał pozycje, wydobywał z nich maksimum, jednocześnie przywiązując się do ledwie kilkunastu nazwisk? Deklarował na konferencjach prasowych, że interesuje go piękno, a nie trofea? Czy chcielibyście doświadczyć tego uczucia, które towarzyszyło kibicom Napoli przez trzy lata? Tej niecierpliwości w oczekiwaniu na kolejny mecz? Tego zauroczenia stylem gry?

Jeśli tak, to wasza drużyna trafiła w odpowiednie ręce.

Kim, do cholery jest Maurizio Sarri? Kim jest człowiek, o którym neapolitańska ulica rapowała: robię to z pasji jak Maurizio Sarri? Bez marynarki i krawata jak Maurizio Sarri? Z ogoloną głową jak Maurizio Sarri? Hasta la revolucion! Come Maurizio Sarri?

Na świat przyszedł w Neapolu. Mama planowała poród w Toskanii, ale ojciec przyjął ofertę pracy jako operatora dźwigu i postawił ją przed faktem dokonanym: jedziemy do Kampanii. Tam, w trakcie boomu budowlanego, firma Italsider zatrudniała dwadzieścia siedem tysięcy ludzi. Wielu z nich przyjechało z Północy. Dziś to nie do pomyślenia, bo jeśli chcesz zmienić swoje życie, uciekasz z Południa. Tu wszystkim rządzi mafia. Tu jedynie możesz pogrążyć się w beznadziei, a jej najbrutalniejszą wersję zobaczysz w serialu „Gomorra”.

Po trzech latach kontraktu, Amerigo Sarri decyduje się na zmiany. Pakuje walizki do Fiata 500, auta, które zmotoryzowało Italię, liczy zaoszczędzone pieniądze i wraca do Vaggio. Mały Maurizio już na zawsze będzie naznaczony neapolitańskimi genami. Nie wyrzeknie się sympatii do Napoli w szkole zdominowanej przez fanów Fiorentiny, Juventusu i Interu. Będzie marzył o karierze piłkarza, ale nigdy nie zostanie zawodowcem. Pokopie trochę w Figlinese, dorobi się pseudonimu „rzeźnik”, odbije się od drzwi Torino i Fiorentiny. Wyśmieją go też w Empoli, a rodzice przekonają, że – jak pisał Antoni Słonimski – świat nie jest piłką futbolową, podbija się go głową. Za ich namową rozpocznie studia ekonomiczne, ale nie porzuci sportowych marzeń. Po latach powie: już w wieku 16 lat byłem trenerem. Zachowywałem się i myślałem jak szkoleniowiec.

Pierwszą pracę trenerską dostanie w trzytysięcznej miejscowości Stia. Początkowo będzie grającym trenerem, ale nie polegnie pod ciężarem rosnącego nałogu nikotynowego, reżimu treningowego i obowiązków bankowych. Piłka nożna będzie wciąż zajęciem „po pracy”, choć potraktuje ją zgodnie ze swoim systemem wartości. Wprowadzi niespotykane wówczas na amatorskim poziomie analizy, założy zeszyt, w którym będzie zapisywał najdrobniejsze szczegóły. Przekona do współpracy masażystę i fizjoterapeutę. Przeniesie skrupulatność i organizację pracy bankowca do szatni piłkarskiej. Ludzie będą patrzeć na niego jak na wariata, któremu wydaje się, że jest Ariggo Sacchim. Po latach wspomni: siedziałem w biurze, patrzyłem na swoje czarne (a jakże!) lśniące buty i marzyłem, żeby wybiła godzina 17:00. Rwałem się na boisko!

W ciągu dekady poprowadzi jeszcze pięć klubów. Wszystkie na poziomie amatorskim, łącząc ekonomię z futbolem.

W bankowości robi dużą karierę. Traktuje swoje obowiązki ze śmiertelną powagą. Jest zdyscyplinowany, odpowiedzialny i punktualny. W Banca Toscana należącym do wielkiej grupy Monte dei Paschi di Siena szybko awansuje. Szefowie go doceniają. Odpowiada za wielomilionowe transakcje. Podróżuje do Anglii, Luksemburga, Niemiec, poznaje języki obce, nawiązuje kontakty międzynarodowe. W 2018 roku powie dziennikarzom: jeśli ktoś myśli, że wybrałem pracę trenera dla pieniędzy, nie ma pojęcia o czym mówi. Zarabiałem znakomicie jako ekonomista i miałem wielkie perspektywy przed sobą, ale nie mogłem zaspokoić olbrzymiego głodu piłki. Rozsadzała mnie pasja, calcio kusiło swoim pięknem.

Przełom następuje w roku milenijnym. W ciągu dekady, w której zwiedza sześć klubów, wypracowuje sobie renomę i nazwisko. Po toskańskich miasteczkach krążą legendy o profesjonalnych metodach pracy i rewolucyjnej organizacji gry szaleńca z Vaggio. Prezes Sansovino, zaprasza go do współpracy, ale Sarri stawia jeden warunek: jeśli nie awansujemy po roku, to zrezygnuję. Wracam na stałe do banku.

W ciągu dwunastu miesięcy wygrywa ligę. Sansovino melduje się w Serie D, a palący coraz więcej papierosów trener przygotowuje się na poważną rozmowę z rodziną. Ma dużą siłę perswazji, ale żona nie pozwala mu porzucić pracy w banku. Daje sobie rok. Jest coraz trudniej, bo drużyna nie trenuje jedynie wieczorami, a rozgrywki na poziomie Serie D są już przedsionkiem profesjonalizmu. Sezon kończy na szóstym miejscu. Robi to po miesiącach wyrzeczeń i kompromisów. Jest skrajnie wyczerpany. Pracuje po 18 godzin na dobę. Po kilku bezsennych nocach idzie do szefa banku i prosi o roczny, bezpłatny urlop z prawem powrotu do pracy. Dostaje go.

W kolejnym sezonie Sansovino nie tylko wygrywa ligę, ale sięga także po Coppa Italia Dilettanti (amatorski puchar Włoch, turniej, w którym udział wzięło 162 zespoły). Sarri uruchamia koło zamachowe. Bankowość traci solidnego pracownika, a calcio zyskuje świetnie rokującego trenera. Piętnaście lat później ludzie będą o nim mówić jako o naczelnym rewolucjoniście w Serie A, szkoleniowcu wyjątkowym, przedkładającym piękno gry nad zdobywanie trofeów.

Na początku dwudziestego pierwszego wieku Sarri buduje swoją małą legendę. Dziennikarz Fabrizio Ferrari, który pojawia się niemal na każdym treningu i meczu jego drużyny, pewnego dnia napisze artykuł, w którym nazwie go „Mister 33”. Nawiąże do trzydziestu trzech wariantów wykonywania stałych fragmentów gry, które rzekomo Sarri wbijał do głów swoim piłkarzom. W październiku 2015 roku zakradniemy się z Piotrem Dumanowskim pod autokar Napoli, po meczu z Legią Warszawa. MS paląc papierosa, będzie rozmawiał przez telefon. Podejdziemy do niego, zapytamy o Piotra Zielińskiego, którego zostawił wówczas na rok w Empoli. Rzucimy, że słyszeliśmy o przydomku „Mister 33”. Uśmiechnie się i powie, że to nieprawda. – Trzydzieści trzy warianty to była całość. Na mecz wybieraliśmy cztery, maksymalnie pięć.

13 czerwca 2004 roku świętuje kolejny awans. Z drużyną Sangiovannese melduje się w Serie C1. W międzyczasie rozgrywa mecz z Aglianese, prowadzonym przez Massimiliano Allegriego, który po latach będzie jego przeklętym rywalem i prześladowcą z Juventusu. Spotkanie jest śmiertelnie nudne, kończy się wynikiem 0:0. Kibice zasypiają na trybunach, a Sarri wypala paczkę papierosów. Z biegiem czasu ludzie zaczną porównywać go do innego wielbiciela nikotyny, Zdenka Zemana. Maurizio powie, że go ceni, ale nie rozumie taktyki opartej na szaleńczym ataku 8 zawodnikami. – Serie A wygrywa zawsze ten, kto ma najlepszą obronę.

Z Zemanem połączy go praca w Pescarze, którą przejmie po Sangiovannese. Wtedy po raz pierwszy zagra przeciwko Napoli. W Pucharze Włoch. Przegra na San Paolo 0:2. W Abruzji ma do czynienia z niezłymi piłkarzami. Wykorzystuje więc do pracy komputer, przechowuje niezliczone dane, korzysta z nowoczesnych programów. Jest wyjątkowy, zawsze o krok przed rywalami. Ma też swoje fanaberie. Sprzeciwia się nowym trendom. Kupuje czarny spray i wręcza piłkarzom, którzy mają kolorowe buty. Twierdzi, że przynoszą pecha.

W kolejnym sezonie podejmuje się pracy w Arezzo. Klub zaczyna sezon z karą sześciu punktów za udział w aferze Calciopoli. Prowadzi go Antonio Conte. W ciągu pierwszych dziewięciu meczów, pięć razy remisuje, cztery przegrywa. Wylatuje z hukiem, a misji ratowania drużyny przed degradacją podejmuje się Maurizio Sarri. Idzie mu nieźle, drużyna zdobywa punkty, w Coppa Italia awansuje do ćwierćfinału, gdzie odpada po dwumeczu z Milanem (w rewanżu wygrywa 1:0, choć to jedynie wizerunkowe zwycięstwo). Rozgrywki ligowe kończą się jednak degradacją Arezzo. Gdyby nie kara sześciu punktów na starcie sezonu, klub zająłby bezpieczne, jedenaste miejsce w tabeli.

W kolejnych latach Sarri pracuje w Hellasie, Perugii, Alessandrii i Sorrento. Nie wiedzie mu się najlepiej. Hossa rozpoczyna się w 2012 roku, wraz z propozycją Marcello Carliego, dyrektora sportowego Empoli. Włoch poszukuje kompetentnych ludzi, którzy pomogą mu zbudować profesjonalny pion sportowy. To on odrodzi Maurizio Sarriego. Stworzy mu idealne warunki do pracy, zaufa, uwierzy w jego idee i przekona piłkarzy. Na pierwszym treningu nowy trener uściśnie dłoń Verdiego, Valdifioriego, Maccarone, Tavano, Ruganiego, Reginiego, Saponary i Pucciarellego. Szybko trafi do ich serc, ale wyniki nie pójdą w parze z uczuciami. Po dziewięciu meczach Empoli uzbiera ledwie cztery punkty i zamknie tabelę. Sezon zakończy jednak na czwartym miejscu.

31 maja 2014 roku, dwa lata po rozpoczęciu pracy w Empoli, Maurizio Sarri świętuje awans do Serie A. W tabeli wyprzedzi go tylko Palermo z Paulo Dybalą i Franco Vasquezem w składzie. Na najwyższym poziomie w Italii zadebiutuje jako 55-latek. Będzie najmniej zarabiającym trenerem w elicie (300 tys. euro). Dla porównania Rafael Benitez inkasował wówczas 3,5 mln euro rocznie.

Po roku zrezygnuje z pracy w Empoli i przyjmie wymarzoną ofertę z Neapolu. Będzie miał przeciwko sobie wiele głosów, z tym najważniejszym, Diego Armando Maradony. Po trzech meczach bez zwycięstwa zostanie zniszczony przez legendarnego piłkarza, który zarzuci mu, że jest za mały na tak wielki klub. Odpowie z elegancją, że Diego ma status boga i może powiedzieć, co chce. Po kolejnej serii ośmiu zwycięstw w dziewięciu meczach (w tym ograniu Juventusu 2:1), Maradona ucichnie, a kilka miesięcy później przyzna, że się pomylił.

Od tego momentu już nikt nie powie, że jest za mały na Napoli.

 

20 maja Napoli rozgrywa ostatni mecz w sezonie. Pokonuje Crotone 2:1, a kilkadziesiąt tysięcy wzruszonych ludzi oklaskuje Maurizio Sarriego. Komentujemy to spotkanie z Filipem Kapicą i jesteśmy przekonani, że to nie czas na pożegnanie. Kto inny może prowadzić tę szaloną bandę z Południa? Kto lepiej wpisuje się mentalność „noi contro tutti”? Kogo neapolitańscy kibice pokochają bardziej za bezkompromisowość i obsesyjne bronienie drużyny przed wszystkimi, którzy śmieli podnieść na nią rękę? Kto odwdzięczy im się za tę miłość pracowitością ponad miarę, efektowniejszym stylem gry i podtrzymywaniem nadziei, że w końcu zdetronizują Juventus? Carlo Ancelotti? Przecież to mrzonka. Musiałby mu sufit spaść na głowę, by po latach spędzonych w  Milanie, Chelsea, PSG, Realu Madryt i Bayernie Monachium, podjąć się misji budowania wielkiego Napoli na rozpadającym się stadionie przypominającym zdezelowany szalet miejski.

A jednak spadł.

Aurelio De Laurentiis przypiął kwiatek do kożucha. Dokonał najważniejszego, letniego transferu, kojąc serca kibiców rozczarowanych pożegnaniem z „Misterem 33”.

Co Maurizio Sarri wniesie do Premier League? Piękno! Na pewno nie odstąpi od jedynego dogmatu w swojej myśli szkoleniowej, czyli gry czwórką obrońców. Pod pachą przyniesie Jorginho, który pod jego wodzą stał się mózgiem Napoli, piłkarzem z największą liczbą podań w Europie. Będzie maniakalnie trenował schematy, fani Chelsea szybko poznają wypracowane manewry (w Napoli była to słynna akcja Insigne -> Callejon -> gol). The Blues czeka rewolucja, bo do klubu przychodzi trener, który posługuje się bronią obosieczną. Zgodnie z definicją, jej działanie może mieć skrajne skutki.

Mateusz Święcicki, komentator Eleven Sports