Juan Camara, czyli małomiasteczkowy

14.09.2018

Uznałem, że warto jechać do Legnicy, bo Juan Camara spotkał na swojej drodze wielu znakomitych piłkarzy i ma o czym opowiadać. Poza tym chciałem potrenować język hiszpański i pokazać mu, że polskie media nie przechodzą obojętnie obok jego osoby. Rzadko zdarza się, by grał tu ktoś, kto z bliska patrzył w oblicze Leo Messiego.

Jesteś bohaterem jednego z najgłośniejszych transferów do Ekstraklasy w ostatnich miesiącach. Wszędzie można było przeczytać: „Były piłkarz Barcelony zagra w Miedzi”. Dlaczego wybrałeś Legnicę?

Reprezentuje mnie grupa „Media Base Sports”, założona przez Pere Guardiolę, brata Pepa. Jego piłkarzami są: Luis Suarez, Yuri Berchiche, Pablo Maffeo czy Wiliam Carvalho. Kiedy pracownicy agencji przekazali mi informację, że mogę trafić do polskiej drużyny z Ekstraklasy, w której dobrze radzą sobie inni Hiszpanie, zacząłem poważnie to rozważać. Pierwsze wrażenie: może być ciekawie, ale przecież to Wschód. Na pewno jest tam zimno. Zacząłem szukać informacji na temat klubu i miasta w internecie i powoli się przekonywałem. Szczerze mówiąc jest lepiej niż się spodziewałem. Mam tu świetnie warunki do życia i treningów. Nie czuję się samotny, bo dzielę szatnię z rodakami. Przykład Carlitosa pokazuje, że w Polsce można się rozwinąć. To nie jest piłkarska czarna dziura. Nie przepadnę, spokojnie.

Pochodzisz z rodziny piłkarskiej? Futbol był obecny w twoim domu?

Mój ojciec grał w Realu Jaen. To był poziom półamatorski. Dostawał za to jakieś śmieszne pieniądze, ale musiał jednocześnie pracować w warsztacie samochodowym, by utrzymać rodzinę. Pamiętam, że trenował rano, później wracał do domu i brał się do roboty. Wychowywał mnie w kulturze sportu i miał nadzieję, że pokocham piłkę. Jeździłem z nim na mecze w autokarze klubowym, przeżywałem zwycięstwa i porażki jego drużyny. Lubiłem to. Miałem wspaniałe dzieciństwo wypełnione futbolem.

Byłeś fanatycznie wpatrzony w jedną drużynę? Kto był twoim ulubionym piłkarzem?

Jestem lokalnym patriotą, więc poza Realem Jaen nikomu szczególnie nie kibicowałem. Oczywiście oglądałem mecze hiszpańskich drużyn w pucharach i cieszyłem się, kiedy wygrywały, ale nie byłem fanatykiem jednego klubu. Co do piłkarzy to uwielbiałem Gutiego. Po pierwsze, ze względu na pewne podobieństwo do mnie, bo w dzieciństwie miałem długie włosy, po drugie bardzo podobał mi się jego styl gry.

 

Tacon de Dios?

Tak, cudowna asysta przy golu Benzemy. Najlepsza, jaką widziałem w życiu.

Jesteś dzieckiem podwórka?

Moim pierwszym boiskiem był niewielki placyk wewnątrz osiedla. Czasami ludzi mieli nas dosyć, bo odbijaliśmy piłkę od ścian, trafialiśmy w okna, przeszkadzaliśmy w odpoczynku. Wydaje ci się, że dzieci kopiące piłkę są urocze i nie możesz ich od tego odciągać, ale kiedy jesteś zmęczony po kilkunastu godzinach pracy, masz ich dosyć. My wrzeszczeliśmy do tego jak opętani.

W Polsce stałą częścią osiedli są tablice „Zakaz gry w piłkę”. Kiedyś dzieciaki napisały flamastrem po tym napisem: „To gdzie mamy kurwa grać?”

Teoretycznie my też nie mogliśmy tam kopać, ale kto by się tym przejmował. Bywało i tak, że zabierano nam piłkę. Wtedy szliśmy do basenu popływać. Osiedle nie było ekskluzywne, ale miało basen dla lokatorów.

Urodziłeś się naturalnymi predyspozycjami do futbolu? 

Byłem niezły już w dzieciństwie. Szybki i lewonożny, co od startu mnie wyróżniało. Miałem dobrą kondycję. Mogłem grać cały dzień i nigdy mi się to nie nudziło. Ale nie kopałem jedynie na powietrzu. Chodziliśmy też z kumplami na salę. W Polsce futsal jest popularny?

Tak, sporo osób gra amatorsko. Zwłaszcza zimą.

W Jaen ludzie kochają piłkę halową. Mnóstwo dzieciaków występuje w pięcioosobowych drużynach, wyjeżdża na turnieje, walczy o jakieś puchary. Jeśli jesteś dobry, masz szansę na awans do większych drużyn. Kiedyś powołali mnie do Sevilli. Ojciec był z tego cholernie dumny. Pokonaliśmy wszystkich i przyjechałem z pierwszym medalem do domu. Czułem się jak mistrz świata.

Dobrze się uczyłeś? Miałeś jakieś zainteresowania poza piłką?

Dobrze, ale bez szału. Całe moje dzieciństwo wypełniała piłka i rywalizacja. Turnieje, różne ligi, wyjazdy. Głównie w Andaluzji. Kiedy miałem 12 lat, zauważyli mnie wysłannicy Sevilli i Villarrealu. Bez fałszywej skromności, byłem dobry. Nie fantastyczny, ale dobry. Wyróżniałem się. Rodzice dostali dwie oferty. Mama była przerażona. „Jak to? Ma wyjechać w wieku 12 lat? Wykluczone”. Sevilla naciskała, ale nie miała dobrej infrastruktury. Szkoła w jednym miejscu, boiska treningowe w drugim, bursa w trzecim. Duże dystanse jak dla dzieciaka, dojazdy. Bez sensu. Villarreal wyglądał na tym tle jak klub z innego świata. Przyjechaliśmy na rozpoznanie. Wszystko w jednym miejscu. „Ciudad Deportiva” z najwyższej półki. Akademik dla juniorów, boiska, wyposażenie. Na sąsiednich murawach trenowali piłkarze pierwszej drużyny. Patrzyłeś na Diego Forlana czy Roberta Piresa i myślałeś sobie: to możliwe, jeśli będę zasuwał, osiągnę jego poziom.

Trafiłeś do bardzo familijnego klubu. Prezydent  Fernando Roig i jego syn są bardzo blisko drużyny. Zarządzają całą strukturą bardzo profesjonalnie, ale bez korporacyjnego chłodu. To sprytna propaganda czy rzeczywistość?

Absolutna prawda. Widzisz, dla takiego 12-latka jak ja  to był idealny wybór. Villarreal jest niedużym miastem, mieszka w nim może 50 tys. ludzi. Nie przytłacza cię, możesz spokojnie się w nim rozwijać. Niczego ci nie brakuje. Już w moich czasach „cantera” (akademia) Villarrealu miała znakomitą renomę, a w ostatnich latach po modernizacji jest jedną z najlepszych w Hiszpanii. To tam poznałem Marquitosa, który dziś gra w Miedzi. Jako juniorzy podawaliśmy piłki na meczach pierwszej drużyny. Przyjeżdżała Barcelona, a ty miałeś najlepszych piłkarzy świata na wyciągnięcie ręki. Dostawałeś impuls do ciężkiej pracy.

Pepe Reina napisał w swojej autobiografii, że w Barcelonie obowiązkowo musiał chodzić na mecze pierwszej drużyny, stawać za bramką i obserwować co robi golkiper pierwszej drużyny. Jak się ustawia, jak komunikuje z obrońcami, co robi, kiedy nic nie dzieje się w jego strefie. U was było podobnie?

Jasne, ustawiano nas zgodnie z pozycją na boisku, żebyśmy mogli podglądać „swoich” piłkarzy. Poza tym oswajaliśmy się z wypełnionym stadionem i jego atmosferą.

Sprawdziłem, że Villarreal dzieli od Jaen około 500 kilometrów. Trafiłeś do zupełnie nowego środowiska, obcego miasta i klubu. Dzwoniłeś codziennie do rodziców jak Cristiano Ronaldo z Lizbony do Funchal i płakałeś w słuchawkę?

Czasami dzwoniłem kilka razy dziennie, ale nigdy nie płakałem. Nie mam żadnych problemów z aklimatyzacją w nowych warunkach od dziecka. Jestem kontaktowy i szybko nawiązuję relacje z ludźmi. Poza tym było tam wielu chłopaków z różnych regionów Hiszpanii i wszyscy nawzajem się wspieraliśmy. Czasami widziałem jak ktoś sobie nie radzi. Wtedy podchodziłem, pocieszałem go i podnosiłem na duchu. Zresztą trenerzy mówili nam, że jesteśmy odpowiedzialni za siebie. Jeden za drugiego. Na boisku i poza nim.

Jak wyglądały twoje lata w klubie?

Grałem w drużynach juniorskich, trenowałem z pierwszą drużyną, zaliczyłem mnóstwo występów w Villarrealu B. Kilku z nas trafiło na najwyższy poziom. Jaume Costa i Manu Trigueros zostali w klubie i są podstawowymi zawodnikami. Moi Gomez gra w beniaminku Primera Division, Huesce. Francuz Florian Lejeune w Newcastle United. Rodrigo Hernandez jest ode mnie młodszy, ale trenował z nami, a po moim transferze do Barcelony trafił na stałe do drużyny „B”. Latem za 25 milionów euro przeszedł do Atletico Madryt.

Tobie też przypomina Busquetsa?

Nie lubię takich porównań, Busquets jest jedyny w swoim rodzaju. Nie wiem, czy słyszałeś, ale Atletico zrezygnowało z Rodriego po kilku latach, bo był mały i nie rokował. Villarreal wyciągnął do niego dłoń, nikt przesadnie nie przejmował się jego warunkami fizycznymi. Świetnie się zaaklimatyzował i wystrzelił. Błyskawicznie rósł. Dziś ma chyba ze 190 cm.

Znam to z autopsji. Jeszcze jako 12 latek byłem najniższy w klasie. Po trzech latach nie było wyższego. Sprawdziłem twoje statystyki. W ciągu dwóch sezonów w Villarrealu B rozegrałeś 69 meczów ligowych. Strzeliłeś 14 goli. Świetny dorobek. Dlaczego nie zadebiutowałeś w pierwszej drużynie?

Musisz zapytać Marcelino Garcię Torala, dzisiejszego trenera Valencii. Wydawało mi się, że jestem blisko dołączenia na stałe do pierwszej drużyny. Trenowałem z nią, występowałem nawet w meczach sparingowych. Ale chyba nie przekonywałem trenera. Wydawało mi się, że moja kariera w klubie przebiega modelowo. Kiedy zaczynałem grać w drugim zespole, prowadził mnie Julio Velazquez, dziś pracujący w Udinese. To fenomen, bo nigdy nie grał w żadnym zespole, a karierę szkoleniową zaczął jako 15 – latek. To on powiedział mi, że jeśli będę cierpliwy, to w końcu trafię do pierwszej drużyny. Byłem powoływany do reprezentacji Hiszpanii. Rozegrałem kilka spotkań w drużynie U-17 z Saulem, Deulofeu czy Denisem Suarezem. Robiłem postępy. Pod wodzą Marcelino moi kumple z cantery Moi Gomez czy Jaume Costa rozgrywali po 30 meczów w Primera Division, a ja jednak wciąż kopałem w rezerwach. Może gdybym został w klubie, w końcu stałbym sie częścią pierwszej drużyny. Ale dostałem propozycję…

Nie do odrzucenia. Barcelona zapłaciła symboliczną sumę Villarrealowi i trafiłeś do drużyny „B”.

Kiedy dowiedziałem się, że mogę przejść do Barcelony B nie zastanawiałem się ani chwili. Kochałem Villarreal, debiut w oficjalnym meczu tej drużyny wciąż jest moim największym marzeniem, ale nie mogłem odmówić. Ja jestem małomiasteczkowy i zecydowanie lepiej czuję się w mniejszych ośrodkach, ale Barcelona mnie nie przerażała. Zresztą, kto w mojej sytuacji by odmówił?

Pewnie nikt. Prowadził cię Esusebio Sacristan, zdobywca Pucharu Europy z Barceloną w 1992 roku. Członek „dream teamu” Johana Cruyffa. Jakie wrażenie po sobie pozostawił?

Znakomite. Świetnie przygotowany do zawodu, konkretny, rozumiejący piłkę. Wiedzieliśmy, że jest jedną z legend klubu. To był dla nas trudny sezon, bo graliśmy w Segunda Division i zajęliśmy na koniec sezonu ostatnie miejsce. Ale mieliśmy bardzo młody skład. Rywalizowaliśmy także z mocnymi przeciwnikami. Real Betis wygrał ligę, Sporting Gijon zajął drugie miejsce. Rozegrałem w tamtym sezonie z trzydzieści meczów w lidze. Czasami trenowałem z pierwszą drużyną.

Z kim dzieliłeś szatnię w Barcelonie B?

Sporo znanych nazwisk mogę wymienić. Patric dziś gra w Lazio, David Babunski wyjechał do Azji, Alen Halilović jest w Milanie, Adama Traore, wielki talent, przeszedł ostatnio do Wolverhampton, Sandro Ramirez do Realu Sociedad. Był też Munir, którego na pewno kojarzysz. To była ciekawa grupa piłkarzy.

Jak wyglądało twoje życie w Barcelonie?

Nie różniło się specjalnie od tego w Villarrealu. Jasne, że miasto było nieporównywalnie większe, ja stanowiłem częścią wielkiego klubu, miałem gigantyczną konkurencję, ale nie zmieniłem swoich nawyków. Nie rozstałem się z dziewczyną, z którą jestem od ośmiu lat i która jutro (wywiad był przeprowadzany w środę) przyjeżdża do Legnicy. Koncentrowałem się na piłce. W Barcelonie B graliśmy takim samym systemem jak pierwsza drużyna, przestrzegaliśmy tych samych zasad, mieliśmy wpajane, że znajdujemy się w wyjątkowym miejscu. Mówiono nam dużo o szacunku względem kolegów, rywali, zwykłych pracowników klubu. Jednocześnie nas inspirowano. Wielokrotnie trenowałem z pierwszą drużyną, dostawałem sygnały, że jestem w gronie uważnie obserwowanych.

Co było dla ciebie szczególnym szokiem po zajęciach z Messim, Suarezem czy Neymarem?

Przede wszystkim ich umiejętności, intensywność i tempo gry. Trafiasz do innego świata. Już podczas ronda (gry w dziadka) możesz się przekonać, jak jest. Drużyna zwykle dzieliła się na trzy grupy, które bawiły się piłką. Uwielbiam tę grę, w Barcelonie panował kult ronda.

Xavi mówił w wywiadach, że nie ma lepszej metody na trenowanie refleksu, techniki i gry na małej przestrzeni.

Zgadzam się. Poza tym daje ci niesamowitą satysfakcję. Gorzej jak trafisz do środka i nagle koledzy dwadzieścia razy dotykają piłkę. Później znowu dwadzieścia razy. Jeśli nie jesteś w stanie tego przerwać za drugim i trzecim razem, to masz karę. Robią szpaler, przebiegasz przez środek, a oni uderzają cię po głowie. Wszystko w ramach rozsądku.

Eric Abidal opowiadał kiedyś, że podczas zgrupowań reprezentacji Francji musiał opowiadać kolegom na wiele pytań dotyczących Leo Messiego. Przychodził do niego na przykład Franck Ribery i pytał: jaki on jest? Jak trenuje? Jaką ma dietę, jak się zachowuje poza boiskiem. W Polsce będziesz przeżywał to samo.

Messi jest niesamowity. Ci, którzy przychodzą trenować z drugiej drużyny są w niego wpatrzeni. Ja też byłem. On robi różnicę jednym dotknięciem piłki, jednym ruchem. W tych detalach dostrzegasz jego fenomen. Ale nic nie bierze się z przypadku. Haruje na treningach. Kiedy ćwiczy stałe fragmenty, stajesz obok i nie wierzysz, że to się dzieje. Czasami ma serię kilkunastu strzałów w okienko. Podbiega, pyk, trafia. Później znowu to samo. I znowu. Szaleństwo. Nie we wszystkim jest jednak dobry. Ograłem go kiedyś w ping ponga. Poza boiskiem jest raczej milczącym liderem. Ale jak już się odezwie, to wszyscy milkną i słuchają.

Tomek Ćwiąkała, mój kolega z redakcji, poznał bliżej Adriano podczas wizyty w Stambule. Brazylijczyk powiedział, że to nie jest wiecznie skryty, wycofany człowiek. Umie być apodyktyczny, bo zna swoją wartość. Potwierdzasz?

Messi jest najważniejszy, bo jest najlepszy. To proste. Adriano z kolei wspominam bardzo dobrze, bo on wprowadzał wielu chłopaków z drużyny „B”. Był naszym opiekunem i świetnie wywiązywał się z tej roli.

W seniorskiej drużynie zadebiutowałeś w grudniu 2015 roku w spotkaniu Champions League przeciwko Bayerowi Leverkusen. Później był jeszcze występ w Copa del Rey przeciwko Valencii. Luis Enrique starał się wprowadzać wielu młodych piłkarzy, choć filozofia klubu się zmieniała.

Zwróć uwagę, że coraz mniej chłopaków z La Masii przebija się do pierwszej drużyny. Barcelona wydaje wielkie pieniądze na gotowych piłkarzy światowej klasy i dziś jest zdecydowanie trudniej przedostać się do pierwszej drużyny. Enrique wiedział, że Barca musi próbować, testować swoich wychowanków, ale zdawał sobie sprawę, że niewielu z nich to czyste talenty na miarę Busquetsa. Nie oszukujmy się. To niemożliwe mieć genialnych graczy w każdym pokoleniu. Ja odczuwałem sympatię trenera. Regularnie trenowałem z seniorami. Z nadzieją patrzyłem na listę powołanych, którą wywieszał przed każdym spotkaniem. Wierzyłem, że w końcu się na niej znajdę. Kiedy zobaczyłem, że jadę do Leverkusen byłem w siódmym niebie.

Spodziewałeś się, że wejdziesz na boisko choć na chwilę?

Nie, ale kiedy w drugiej połowie Enrique powiedział do mnie, żebym się rozgrzewał, wiedziałem, że dostanę szansę. To był niezwykły wieczór. Pamiętam każdą minutę od przyjechania na stadion. Reakcje kibiców, hymn Ligi Mistrzów, który wywołał u mnie gęsią skórkę. Uwielbiam Champions League, to moje ulubione rozgrywki. Na boisko wszedłem w 74 minucie za Jordiego Albę. Trener powiedział mi, żebym uważał i koncentrował się na obronie. Wiedział, że jestem bardziej ofensywnym piłkarzem, ale dam radę. Koszulka z tego debiutu, podobnie jak koszulki wszystkich klubów, w których występowałem, wisi w zakładzie mechanicznym mojego ojca. Cała rodzina zebrała się w domu, by oglądać mój debiut. Jeden z lokalnych dziennikarzy napisał, że dla sportu w Jaen było to najważniejsze wydarzenie od debiutu Manu del Morala w reprezentacji Hiszpanii.

Po sezonie wyjechałeś jeszcze z Barcą na International Champions Cup, rozegrałeś trzy mecze, a później przeniosłeś się do Girony. Dlaczego?

Pere Guardiola, który ma świetne kontakty w Gironie powiedział mi, że nie ma co tracić czasu i trzeba zrobić kolejny krok. Już wtedy tworzyło się tam coś ciekawego. Spotkałem Pablo Machina, dziś trenera Sevilli. Niesamowity człowiek, uznawany w mieście niemal za świętego. To, co zrobił z Gironą zasługuje na wielki szacunek. Zobaczysz, w przyszłości będzie to najlepszy trener w Hiszpanii.

Nie pograłeś tam wiele. Zahaczyłeś jeszcze o Reus Deportiu i wybrałeś Legnicę. Co chcesz tu osiągnąć?

Chcę regularnie grać, pomóc klubowi w utrzymaniu się w Ekstraklasie i zapracować na transfer. Moje marzenie pozostaje niezmienne od lat. Chciałbym wrócić do Villarrealu i zadebiutować w pierwszej drużynie w Primera Division.

Rozmawiał
Mateusz Święcicki, komentator Eleven Sports

Making of

Miejsce wywiadu: cukiernia w Legnicy na ulicy Wrocławskiej 25
Język: hiszpański
Co robił Juan przed wywiadem? Grał w Fortnite
Jakie pytanie miało paść, a nie padło? Messi czy Ronaldo i dlaczego Ronaldo?
Czy coś nie weszło do wywiadu? Tak wątek z grami komputerowymi. Nudy.
Czy Juan dobrze wymawia słowo „Miedź”: zaskakująco perfekcyjnie
Czy rozmówca był sympatyczny: przesympatyczny
Jakim słowem określił Ekstraklasę: fizyczna
Czy redaktor sprezentował mu polską wódkę: nie