Jorginho, czyli w imię matki

25.07.2018

Jorginho nie zostałby piłkarzem bez poświęcenia matki, która zaraziła go miłością do piłki nożnej i pomogła przejść przez niezliczone trudy życia. Wszyscy trenerzy razem wzięci nie byli dla niego tak ważni jak ona.

Kilka miesięcy temu napisaliśmy z Filipem Kapicą tekst do tygodnika „Piłka Nożna” o roli matek w futbolu. O marginalizowaniu ich wpływu na karierę piłkarzy, stawianiu niżej od skautów, agentów czy ojców. Odwoływaliśmy się do przykładu Marii Dolores, która 5 lutego 1985 roku urodziła Cristiano Ronaldo, a dziś dzieli się doświadczeniami z milionami matek. Jej książka, tłumaczona na wiele języków, przypomina, że bez poświęcenia tysięcy kobiet, dźwigających na plecach olbrzymi ciężar, nie oglądalibyśmy fantastycznych goli, dryblingów, czy parad bramkarskich. Bo wspaniała matka jest warta tyle, co stu wybitnych trenerów.

Dzielna Brazylijka, Maria Teresa Freitas miała wielki plan. Obiecała sobie, że jeśli urodzi chłopca to zrobi wszystko, by został zawodowcem. Dręczył ją kompleks niespełnionej kariery piłkarki. Nie została nią, bo w jej czasach świat nie dawał takich możliwości. Kopała więc piłkę amatorsko. Wyróżniała się. Nawet dziś podczas treningów z Jorginho widać, że coś umie.

Narodziny długo wyczekiwanego syna nie uratowały jej małżeństwa. Musiała radzić sobie sama, utrzymując się z pieniędzy zarobionych na sprzątaniu domów. Jej nieudany związek rozpadał się. Ojciec Jorginho nie czuł się odpowiedzialny za rodzinę, znikał na wiele dni, nie interesował się losem swojego dziecka. – Za każdym razem, kiedy o nim rozmawiam, czuję ścisk w gardle. Ciągle był nieobecny. Kiedy zacząłem chodzić do szkoły piłkarskiej w Imbitubie, odwiedził mnie może z trzy razy – wspominał po latach nowy piłkarz Chelsea.

W futbolu zakochał się dzięki matce. To ona też kupiła mu pierwszą piłkę i niedługo po tym, jak nauczył się chodzić, zabrała go na plażę. W przeciwieństwie do setek innych dzieci, nie kształtował swoich umiejętności na podwórku. Miał personalnego trenera. Cierpliwego, znającego się na fachu, uczącego go podstawowych zagrań. To były bezcenne korepetycje. Dwuosobowa akademia piłkarska.

Jego życie zmieniło się kilka lat później. Grupa włoskich biznesmenów postanowiła stworzyć projekt, który miał zapewnić im wielkie zyski w przyszłości. W Guabirubii, 180 kilometrów od rodzinnego miasta Jorginho, założyli szkółkę, w której szkolili pięćdziesięciu najzdolniejszych dzieciaków. Zainwestowali śmieszne sumy, licząc, że po latach sprowadzą najlepszych z nich do Europy i zarobią wielkie pieniądze. Skoszarowali więc 13-latków w obskurej bursie, bez ciepłej wody, z limitowanym prądem i ohydnym jedzeniem. – Dostawaliśmy ciągle to samo, dopóki się nie zbuntowaliśmy. Wszyscy moi koledzy płakali, chcieli wracać do domu. Też miałem podobny plan, ale mama przekonywała mnie, żebym został. Mówiła, że to otworzy mi drzwi do Europy. A później będzie już tylko lepiej.

Lepiej?

Po dwóch latach, Jorginho otrzymał propozycję wyjazdu do Hellasu Werona. Kierownik projektu dostał za niego 30 tys. euro. Miał przywieźć go do Włoch (kraju jego pradziadków) i dopilnować, by nic mu nie zabrakło. Na miejscu klub zapewnił mu dach nad głową i podstawowe wyżywienie, ale za resztę odpowiadał agent-kierownik. Z sumy 30 tys. euro odpalał mu 20 każdego miesiąca. Wystarczało na środki higieniczne i kartę na rozmowy międzynarodowe. Jorginho był załamany, ale miał związane ręce. Nie chciał zaprzepaścić szansy, więc żył tak półtora roku. Kiedy w końcu rozpoczął treningi z profesjonalistami, zwierzył się ze swojej traumy bramkarzowi Rafaelowi. – Opowiedziałem mu wszystko. Był wstrząśnięty. Następnego dnia przedstawił mi swojego agenta João Santosa, ale nie mogliśmy podpisać umowy, bo do osiemnastego roku życia związany byłem kontraktem z poprzednim menedżerem. Czułem się strasznie, chciałem wrócić do Brazylii i rzucić wszystko w diabły. Mama jednak znowu prosiła, bym wytrzymał. Nie mogłem jej zawieść.

Nie zawiódł. Został.

Kiedy skończył 18 lat, podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt z Hellasem i wyjechał grać do AC Sambonifacese na roczne wypożyczenie. Po sezonie wrócił odmieniony. W Weronie zadebiutował dokładnie kilka miesięcy później, 4 września 2011. Błyskawicznie robił postępy. Dwa lata po pierwszym meczu w Serie B świętował awans. Zdążył jeszcze zagrać kilka spotkań na najwyższym szczeblu, ograł Milan Massimiliano Allegriego 2:1, zdobył debiutancką bramkę przeciwko Torino i zimą podpisał kontrakt z Napoli. Przechodził do wielkiej – jak na włoskie warunki – drużyny, kierowanej przez Rafalea Beniteza.

Ale prawdziwie rozbłysnąć miał dopiero 1,5 roku później.

Maurizio Sarri obudził w Jorginho potwora. Już po pierwszych treningach zdecydował, że „ten wybitnie techniczny gracz myślący szybciej niż ktokolwiek inny” będzie fundamentalną postacią jego drużyny. Rewolucyjny styl gry, wprowadzony u podnóża Wezuwiusza oparł na niezliczonych podaniach środkowego pomocnika, jego, inteligencji wizji i widzeniu przestrzennym. Bo Jorginho ma to coś. Dostrzega więcej niż inni.

W pierwszym meczu rozegranym w Chelsea wykonywał jedno podanie co 27 sekund. W Napoli w ciągu trzech lat wypracował znakomite statystyki. Średnio zagrywał piłkę 96,9 razy w trakcie meczu. Dotykał ją co 50 sekund. W ostatnim sezonie wykonał 3197 podań, wykreował kolegom 49 okazji do zdobycia bramki. To on wprowadzał maszynę Maurizio Sarriego w ruch, stał się naczelnym „sarristą”, twarzą rewolucji. Był jego Andreą Pirlo. Pozbawiony wielkiej siły fizycznej, delikatny, górujący nad rywalami mądrością taktyczną i inteligencją. Czy to wystarczy, by odnaleźć się w szalonej, pełnej walki i intensywności Premier League? Trudno powiedzieć.

Siła Jorginho polega na szerszym spojrzeniu na piłkę. Jego styl gry jest niestandardowy. Wspomniany wcześniej Andrea Pirlo (archetyp środkowego pomocnika dla Włochów) opisał swoją wyjątkowość w następujący sposób:

Ja koncentruję się na przestrzeni pomiędzy mną a napastnikami i na tym, jak przetransportować przez nią piłkę. Ot, bardziej kwestia geometrii niż taktyki. Owa przestrzeń jest wówczas w moich oczach większa, łatwiejsza do przekroczenia, niczym brama, którą nietrudno wyważyć.

Podobnie jest z Jorginho, który w reprezentacji Italii pełni dziś taką funkcję jak Pirlo przed laty. Nie ma atletycznej budowy, nie jest w stanie zabiegać rywala na śmierć, nie angażuje się w walkę w obronie. Szybko myśli i szybko podaje. Gdyby Johan Cruyff żył, naciskałby na władze Barcelony, by sprowadziły Jorginho, bo podobnie jak Holender jest wierny tezie, że piłka zawsze będzie szybsza od zawodnika. A futbol to gra, w której trzeba szybko myśleć. Mózg jest ważniejszy od rozbudowanej klatki piersiowej.

Radja Nainggolan, który słynie z waleczności opisał reprezentanta Włoch jako „najtrudniejszego przeciwnika z jakim się mierzył”. – To bardzo inteligentny i przebiegły piłkarz, potrzebuje szczeliny, by zaskoczyć świetnym podaniem, męczy cię, bo ciągle dotyka piłkę, zazwyczaj na jeden kontakt. Podbiegasz do niego, a on już jej nie ma. Jest mózgiem drużyny, wprowadza ją w ruch, pozostając praktycznie nieruchomym.

Transfer do Chelsea jest wielkim wyzwaniem dla Jorginho. U boku N’Golo Kante, swoistego fenomenu piłkarskiego, będzie czuł się bezpieczniej, ale musi zmienić swoje nastawienie do walki w obronie. Jeśli Napoli wpadało w kryzysy za rządów Sarriego to głównie wskutek obniżki formy środkowego pomocnika, bądź przemyślanej taktyki rywali, którzy wyłączali go z gry. Luciano Spalletti powiedział kiedyś, że Jorginho należy do wyjątkowej kasty piłkarzy. Potrafi wypracować asystę podaniem na odległość 60 metrów. Ma cyrkiel w nodze, widzenie przestrzenne w oku, mądrość taktyczną. I – co chyba najważniejsze – jak mało kto rozumie swojego ulubionego trenera.

Ma też właściwą hierarchię wartości. Pokora i determinacja w życiu zawodowym, rodzina w osobistym. Kiedy zadebiutował w reprezentacji Włoch i po raz pierwszy usłyszał wspaniały hymn „Fratelli d’Italia” powiedział, że przed oczami wyświetlił się film z jego życia: matka ucząca go gry w piłkę na plaży, wieloryby wynurzając się z Atlantyku, lodowata woda w bursie w Guabirubii, 20 euro miesięcznie w Weronie, debiut w Serie A przeciwko Milanowi, łzy szczęścia matki po transferze do Napoli. Najważniejsza kobieta jego życia wytrze kolejną łzę, kiedy zobaczy go w akcji podczas meczu Premier League. O jej bohaterstwie powie jeszcze nie raz, że zasługuje na książkę.

Bo wspaniała matka jest ważniejsza niż stu trenerów.

Mateusz Święcicki, komentator Eleven Sports.